Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postacie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postacie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Lucas Wallace vel Wątły Kojot

"Nigdy nie był wzorem mężczyzny. Nawet urodził się chuderlawy, wątły, mały... Porzucony w pieluszkach na pustyni niedaleko Teksasu, został odnaleziony i wychowany przez Indian z plemienia Wind Chasers i obdarzony imieniem Wątłego Kojota. Przygarnęła go najstarsza z matek plemienia – Milcząca Krowa. Była to niema, gruba starucha, a jej zajęciem w plemieniu było doglądanie bydła – stąd jej imię plemienne.
Jego dzieciństwo przebiegło spokojnie, plemię unikało walk, rzadko się przemieszczało, a inne matki pomagały Milczącej Krowie w opiece nad nim. W wieku 6 lat otrzymał największy dar plemienia: własnego sokoła. Został przydzielony na nauki do Orlego Pióra – wodza opiekunów wszystkich zwierząt plemienia. Orle Pióro gardził Wątłym Kojotem. Jego zdaniem, człowiek tak wątłej postury nie powinien należeć do plemienia. Tym bardziej, że była to blada twarz. Jednak po naciskach ze strony Rady, zgodził się go uczyć. Mijały lata, a Kojot stawał się coraz lepszy.
Tak jak się często zdarza w życiu, uczeń starał się przerosnąć mistrza. Ten jednak, tak jak każdy rozsądny mistrz, postanowił się pozbyć Kojota. Pewnego dnia, pod pretekstem zwiadu, Orle Pióro zabrał Kojota na pustynię. Gdy odjechali wystarczająco daleko, Orle Pióro zatrzymał swojego konia i kazał zrobić do samo Wątłemu Kojotowi. Gdy to zrobił, wódz ogłuszył go celnym ciosem, przywiązał do pobliskiej skały, po czym powrócił do obozu, gdzie sprzedał współplemieńcom bajeczkę o ataku bestii.
Kojota, po pięciu dniach, odnalazła karawana kupiecka z Federacji, kierując się za wyjątkowo natarczywym sokołem... Początkowo chcieli zabić chłopaka, jednak jeden z przewodników zabrał go, twierdząc, że jego przełożony zawsze chciał mieć indiańskiego niewolnika. I tak zaczęła się przygoda Kojota w Federacji. Zmieniono mu imię na Lucas i został podwładnym barona Diego Wallace'a. Nie był gnębiony, ani niszczony przez przełożonego. Przez długi czas szorował u niego podłogi z krwi, odkurzał broń, jednak miał wyżywienie, nocleg, skromną zapłatę i wolne wieczory, by mógł korzystać z uroków posiadłości Barona... Codziennie jednak, Lucas wymykał się w góry, by obserwować tamtejszą faunę. Wielkie jaszczury, górskie lwy, skalne węże... Z każdym dniem był coraz bliżej tych stworzeń... Porozumiewał się z nimi, leczył ich rany, uczył którymi ścieżkami chodzą ludzie...
Któregoś dnia, baron zauważył, że Lucas po skończonej pracy, zamiast wybrać się „na dziewczynki”, idzie w góry. Wysłał jednego ze swoich zaufanych ludzi, by śledził Kojota. Sługa zobaczył jak Lucas ujeżdza dzikie Gankory, jak bierze na ręce młode wilki... W jakiś sposób chłopak, stał się częścią ekosystemu. Gdy sługa miał już wrócić i zdać baronowi relację, drogę zastąpił mu ogromny lew górski. Jednym uderzeniem łapy lew zwalił go z nóg, a ostatnie słowa, które doszły do uszu ofiary brzmiały: „Charlie... Nie baw się jedzeniem...”. Lucas zebrał resztki szpiega, zaniósł do barona, powiedział mu, że to atak lwa górskiego, po czym bez słowa odszedł.
Baron postanowił sam zbadać sprawę. Zebrał grupę 10 najemnych hegemończyków i razem z nimi poszedł za Lucasem. Nasz młody Kojot był jednak na to przygotowany. Stanął na czele armii zwierząt... Gankory, lwy, wilki, niedźwiedzie... To była trudna walka. Lucas ujeżdzał największego z Gankorów – Wartouch'a. Obie strony poniosły ciężkie straty. Na koniec, jako jedyni na polu bitwy pozostał Kojot i jego wierzchowiec. Lucas wyszedł z walki uboższy o dwa palce lewej dłoni i z wielką raną postrzałową w łydce. Gdzieś nad polem bitwy krążył jeszcze sokół, któremu Lucas zabronił się zniżać. Baron na pewno zginął, chociaż trudno było identyfikować zwłoki.
Po tym wydarzeniu Lucas opuścił góry trzymając na ramieniu wiernego sokoła i utrzymując się na grzbiecie zaufanego Gankora..."

Fajna bajeczka? Znalazłem w tomiku dla dzieci z Federacji Apallachów. Ludzie chcą wierzyć w takie rzeczy...

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Maria Slender


Urodziłam się na południu. Okolica była dość spokojna mimo bliskości Neodżungli, więc dorastałam w spokoju, dobrych warunkach i mocnej rodzinnej tradycji. Od małego byłam przysposabiana do zawodu przez matkę. Byłam w końcu najstarszą dziewczyną w domu. Niestety młodsza siostra, Catrina, nie podzielała mojego entuzjazmu jeśli chodzi o leczenie i wytwarzanie leków. Ona wolała duże spluwy i szybkie bryki. Nie żeby była jedyna w Teksasie (choć trudno znaleźć kogoś stamtąd, kto lubiłby samochody), ale była dziewczyną, co w połączeniu z jej hobby i konserwatywną rodziną źle wróżyło. Szczególnie, że trzej starsi bracia, mimo nagan ojca, uczyli ją jak strzelać i robić amunicję. Wszystkiego, co jest potrzebne dobremu kowbojowi. Ale sytuacja była jak na razie niezbyt kłopotliwa. Ojciec, farmer, więcej martwił się o plony i bydło, niż o fanaberie najmłodszego dziecka. Ponieważ to ja byłam najstarszą z rodzeństwa, to ja sprawowałam najważniejsze po rodzicach, funkcje w domu, na równi z najstarszym z braci, Harrym. Tak nauczyłam się jak mówić innym jak coś zrobić żeby było dobrze i jak poprawiać humor ludziom. No i jeszcze jak zatuszować parę grzeszków. Spokojne życie trwałoby dalej, ale różnice pomiędzy Catriną, a naszym ojcem, Syriuszem, stały się nie do przeoczenia. Przez tydzień zdawałoby się, że pozabijają się, ale Catrina uciekła z domu i tyle ją widzieliśmy. Pewnego dnia, jakoś rok po jej ucieczce, w środku nocy Syriusz usłyszał jakiś hałas w ogródku. Obudził chłopaków, wzięli broń i wyszli na zewnątrz. Okazało się, że jakieś cholerstwo wylazło z dżungli i postanowiło przenocować w naszym ogródku. Najmłodszy brat zginął na miejscu. Ojciec trafił do mnie na stół. Drugi, środkowy, brat trafił na stół matki. Obie robiłyśmy to, co trzeba było, tylko Michael przeżył. Gdy wszystko się zakończyło, aby nie zrywać z tradycją wyruszyłam na poszukiwania mojej wyrodnej siostry. Mam zamiar powiedzieć jej, co się stało i sprowadzić ją do domu. Z taką myślą ruszyłam na północ, do jaskiń, gdzie zazwyczaj uciekała przed rodziną. Tylko ja znałam to miejsce. Catriny jednak tam nie było. Obiecałam, że nie wrócę bez niej, więc wyruszyłam w dalszą drogę.Po drodze zatrzymałam się w jakiejś zapadłej mieścinie, w której domy trzymały się na słowo honoru. Nagle, nad ranem do wioski wpadło dwóch ludzi. Jeden wyglądał jak tutejszy, drugi, bardziej jak przyjezdny. W każdym razie łowca mutków (jak się później dowiedziałam) miał paskudną ranę klatki piersiowej, obu rąk i coś lekkiego na głowie. Ogólnie, masakra. Wrzasnął, że potrzebują lekarza, więc bez zbędnych ceregieli zabrałam się do łatania go. Trwało to miesiąc zanim nadawał się do czegokolwiek, ale udało się. Wbrew moim prognozom wyszedł z tego tylko z bliznami. Gdy skończyłam zapytali się, czy nie poszłabym z nimi. Oczywiście zgodziłam się. Nie będę się przecież tułać po pustyni sama, a i w grupie raźniej. No i oczywiście prać zboczeńców będą. Jeśli będzie trzeba.

Wygląd:
Drobnej budowy, rumiana, śliczniutka dziewczyna z Teksasu. Czarne włosy, piwne, wielkie oczęta i biust niczego sobie. Ani grama zbędnego tłuszczu i zawsze wie jak się zachować, jaką minę strzelić i u kogo się zakręcić. Jedyną skazą na jej skórze jest blizna zaczynająca się na wierzchu lewej dłoni, idąca przez całą rękę i obojczyk aż do łopatki. Ubrana w normalną czarną koszulkę, na to biała (niesamowicie brudna) koszula, dżinsy, tenisówki i rękawice bez palców (jedyna czarna część ubioru). Jednakże tym, co wzbudza u innych największe zaciekawienie, jest wojskowa torba medyczna z czerwonym krzyżem i białą obwódką wokół niego na całą wysokość wspomnianej. Widok zwieńcza kowbojski kapelusz z szerokim rondem, zazwyczaj noszony przez nią na plecach.   

Imię: Maria
Pochodzenie: Teksas
Cecha: Doktor Quinn
Profesja: Chemik
Cecha: Farmaceuta
Choroba: Brak (tego nie przepuszczę! :P)
Lek: Brak
Specjalizacja: Technik
Reputacja: 1PR w Teksasie
Sztuczka:
- Pakowanie
- Właściwa twarz
- Znajdowanie właściwej osoby
- Inspiracja
- To się robi tak
- Aspiryna i Tik-taki

Budowa(8):
Zręczność(12):
PP (1:1:1) 5pkt.
Charakter(14):
Negocjacje (Zastraszanie 1: Perswazja 1: Zdolności przywódcze 3) 10pkt.
Empatia (Postrzeganie emocji 1: Blef 3: Opieka nad zwierzętami1) 10pkt.
Siła woli (Odporność na ból 1: Niezłomność 1: Morale 1) 5pkt.
Spryt(18):
Medycyna (5:5:5) 15pkt.
Wiedza ogólna (Biologia 2: Chemia 4: Chirurgia 3) 21 pkt.
Percepcja(8):  

poniedziałek, 20 maja 2013

Sergio Donovan


Droga z Buffalo do Detroit. Sergio Donnovan, członek rodziny mafijnej z Detroit, siedzi sobie wygodnie na tylnym siedzeniu swojego Mercedesa. Po obu stronach jadą podobne wozy wypełnione jego obstawą.
Z naprzeciwka nadjeżdża inny wóz. Od niechcenia podnosi krótkofalówkę do ust. „Standardowy manewr okrążenia”. Uśmiecha się szyderczo. Nadjeżdżający z naprzeciwka kierowca nie opanował wozu i przywalił w jednego z nich. Opancerzone wozy Donnovanów będą mieć najwyżej zadrapania.
Wysiada, a z nim pięciu ochroniarzy. W osaczonym samochodzie siedzą 3 kobiety. Pierwsza z nich kierowała wozem, a teraz siedzi blada przed kierownicą trzęsąc się jak galareta. Druga chyba stara się udawać twardego Clinta Eastwooda, jednak pod jego wzrokiem mięknie. Jego uwagę przyciąga trzecia. Nienaganny ubiór, zadbane włosy... i mrożące krew w żyłach spojrzenie. Lubi takie.

- Witam Piękne Panie... Sergio Donnovan, do usług. - powiedział, kłaniając się.
- Donnovan? Słyszałam o was. Victoria Colder, a to moje pracownice: Lia i Kiara. - odrzekła szlachcianka.
- Miło mi poznać. W którą stronę się panie wybierają?
- W przeciwną do pańskiej.
- Skąd te nerwy? Może żeby załagodzić sytuację da się pani zaprosić na kolację? Znam uroczy bar w Buffalo. Oczywiście to ja stawiam.
- Chyba nie zostawia mi pan wyboru. - spojrzała na ochroniarzy Sergia.
- Proszę więc za mną. Pojedzie pani moim wozem. - zawyrokował gangster, otwierając drzwi Victorii. - Pani koleżanki mogą zostać.

Dziewczyna wysiada i z podniesioną głową przechodzi do Mercedesa. Ruszają. Sergio proponuje jej drinka. Otwiera podręczny barek i nalewa po szklance przedwojennej whisky. Victoria nie kryje zdziwienia. Od kiedy opuściła Federację nikt nie zwracał się do niej w ten sposób.
Zatrzymują się przed barem. Nad wejściem wisi napis:
U Bobbiego
Mutki będą rozstrzelane
Wchodzą do środka. Sergio kiwa na barmana, który na jego widok zgina się w pół i nakrywa jeden ze stołów ceratą. Siadają, a po chwili na stole lądują talerze z jakimś mięsem. Sergio uśmiecha się. Jedzą rozmawiając. Opowiadają sobie historie ze swojego życia, Victoria nawet nie zauważa kiedy zaczyna mówić za dużo. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, barman zapala lampę naftową stojącą na ladzie, a drugą stawia na jedynym zajętym stole.
  • Może pójdziemy na górę? - proponuje Sergio. – Oczywiście, mogę zamówić oddzielne pokoje.
  • Nie sądzę, żebyś musiał – Victoria uśmiecha się kokieteryjnie.
  • Więc poczekaj tu na mnie... Ja pójdę się odświeżyć... Zdziwiona? Tak, doprowadziłem tu wodę. – mówi z dumą. – pokój 13.
Idzie do pokoju. Po paru minutach Victoria postanawia do niego dołączyć. Znajduje nr 13. Wchodzi. Dwuosobowe łóżko, duże okno, jakaś szafka... I drzwi do łazienki. Rozbiera się. Całkowicie naga otwiera drzwi i wchodzi. Uderza ją zapach rozkładu. Rozgląda się. Sergio siedzi na krześle z bronią wycelowaną prosto w nią. Dookoła niego, na hakach wiszą ciała kobiet. Victoria chce uciec. Sergio strzela jej w nogę. Dziewczyna upada. Sergio pochyla się nad nią... Victoria czołga się w tył... Ogarnia ją przerażenie zmieszane z brakiem zrozumienia...


Historia Sergia Donnovana

Jego historia zaczyna się niemal sielankowo. Jako syn Emilio Donnovana, jednego z szefów mafii Detroit, od urodzenia miał wszystko, czego zapragnął. Ubrania, kolegów, zabawki, niewolników... Ojciec spełniał każdą jego zachciankę. Jednak Sergio uwielbiał matkę – Valerię. Ojciec nie miał dla niego dużo czasu, ona spędzała z nim całe dnie. Może dlatego Emilio uważał, że jego syn nie będzie nadawał się do zajęcia jego stanowiska.
Z tego i wielu innych powodów rodzice Sergia nie byli zgodnym małżeństwem. Kłócili się, często dochodziło do rękoczynów. Nauki, jakie wpajał mu ojciec, że kobiety należy szanować, tylko pogłębiały jego zdezorientowanie.
Aż nadszedł dzień, który zaważył na całym przyszłym życiu młodego mafioza. Dziesięcioletni chłopak siedział w swoim pokoju bawiąc się workiem bokserskim, który niedawno otrzymał od rodziców. Za ścianą słychać było głuche uderzenia i zapity głos ojca, klnącego na matkę. Sergio starał się nie zwracać uwagi. Wyłączyć się. W pewnym momencie młody Donnovan usłyszał strzał. Chwilę później przyszedł do niego ojciec z łopatami i poszli kopać głęboki dół. Sergio nie zdawał sobie sprawy, że wrzucą tam jego matkę. Gdy ją zobaczył, miała wielką ziejącą dziurę w szyi. Zaczął płakać. Ojciec bez słowa ciągnął ją po podłodze znacząc drogę krwią. Później zmusił Sergia do zakopania rowu, podczas gdy on sam siedział sobie na krześle popijając piwko. „To zrobi z ciebie mężczyznę” śmiał się. I zrobiło. Tego samego wieczoru zakradł się do pokoju ojca. Pijany mężczyzna nawet nie zauważył, kiedy Sergio przywiązał go do łóżka. Gdy Emilio się zbudził usłyszał tylko „to za mamę!” i poczuł uderzenie. Emilio Donnovan został znaleziony z rozprutym brzuchem...
Gdyby był starszy od razu objąłby urząd ojca, jednak w obecnej sytuacji zrobił to jakiś wysokopostawiony w mafii. Sergia po osiągnięciu pełnoletności wysłali do Buffalo. Do ochrony dali mu Marco – oddanego, chociaż niedorozwiniętego ochroniarza. Tam poznał Bobbiego Skina, tamtejszego barmana. Jego bar został zbudowany na ruinach dawnej rzeźni. Tam Sergio rozpoczął swoje krwawe żniwa...
Jego taktyka była prosta. Wyjeżdżał z Buffalo, znajdował ofiarę, zachwycał ją manierami i bogactwem, zapraszał na kolację, zabierał do pokoju, pokazywał ciała poprzedniczek, a gdy uciekała, torturował i zabijał.

Sadysta?
Sergio Donnovan był normalnym dzieckiem. Kochał swoją matkę. Kochał także ojca, jednak po morderstwie i zmuszeniu go do zakopania własnej matki, był wściekły. Zabił ojca i z zaskoczeniem stwierdził, że poczuł dziwne podniecenie.
Przez okres dorastania odkrył, że nie potrafi wyciągać przyjemności z seksu. Wielokrotnie próbował zbliżyć się do kobiety, jednak nie podniecały go. Dopiero, gdy zaczynały się go bać, gdy je torturował i zabijał – wtedy osiągał szczyt. Strach ofiar, ich błagania o litość, płacz stały się jego jedyną drogą do zaspokojenia.
Jak długo to się będzie ciągnęło? Ile jeszcze ofiar pochłoną pokoje baru „U Bobbiego” w Buffalo?

Karta NPC (dla lubiących cyferki :) )
Imię i nazwisko: Sergio Donnovan
Pochodzenie: Detroit (Ale jazda!)
Profesja: Mafiozo (Klasa)
Umiejętności i współczynniki:
Budowa 12
Zręczność 13
Walka wręcz (Bijatyka1/Broń ręczna1/Rzucanie1)
Broń strzelecka(Pistolety 3/Karabiny 4/Broń maszynowa 2)
Prowadzenie pojazdów (Samochód 3)
Zdolności manualne (Zwinne dłonie 2)
Charakter 15
Negocjacje (Zastraszanie 3/Perswazja 4/Zdolności przywódcze 5)
Empatia(Postrzeganie emocji 2/Blef 5/Opieka nad zwierzętami 1)
Siła woli (Odporność na ból 1/Niezłomność 1/Morale 1)
Spryt 13
Wiedza ogólna: Alkohole 3
Percepcja 10
Sztuczki: Casanova, Pewna ręka
Ekwipunek:
Beretta 93R, AK-47 (w wozie), Mercedes, Garnitur (biały)

Power Gaming - Support Gunner

Wracając do power gamingu - tym razem skupimy się na bardziej społecznym strzelcu, nie cholernym odludku, który lubi strzelać z półtora kilometra. Zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia przeznaczenia tej postaci.
Support - mówi samo za siebie. Taki koleś będzie wspomagał drużynę w określonych dziedzinach, dość skutecznie muszę powiedzieć.
Gunner - sugeruje, że coś znów przekombinujemy ze strzelaniem. Podpowiem, że wywalimy kary za jakikolwiek ruch.
Przeznaczenie poniższego build'a to przede wszystkim walki z wykorzystaniem pojazdów. Są one zazwyczaj ciężkie, bo MG potrafi dowalić w cholerę utrudnień. A to samochód telepie, przeciwnicy jadący obok ciągle podskakują na wybojach, więc ciężko trafić w kogokolwiek... Naprawdę? A ja mówię - nie.




1) Pochodzenie
Jeśli mówimy o strzelaniu z samochodów do samochodów, to nasuwa się tylko jedno miejsce - Detroit. I bardzo dobrze. Interesuje nas cecha "Ale Jazda!", dzięki której nie będziemy dostawać ŻADNYCH kar do strzelania z powodu naszego ruchu. Czy spadamy, czy jedziemy, czy rzucamy się nad stołem z wyciągniętym Glockiem w stylu Pana Smith'a - brak kar za nasz ruch obowiązuje.

2) Profesja
Niestety jeśli chodzi o podstawowe profesje, to niewiele mamy do wyboru - właściwie tylko starego dobrego Żołnierza z Wyszkoleniem. Jeśli jednak chcecie się bardziej wczuć, to odsyłam do dodatku o Detroit - ale ostrzegam! Dodatek osłabia działanie cechy "Ale Jazda!", bo stwierdzili, że jest zbyt silna. Poniekąd mieli rację, ale nas interesuje moc. Nie co ktoś stwierdził.

3) Współczynniki
Jak zwykle rozdzielamy z 61 punktów, by mieć kontrolę nad parametrami naszej postaci. Najważniejsze są Budowa i Zręczność, potem Spryt i Charakter, a na końcu Percepcja.

Budowa: 14
Charakter: 12
Percepcja: 9
Spryt: 12
Zręczność: 14
14+12+9+12+14=61pkt.

Gdybyśmy mieli do rozdzielenia 66pkt. (hojny MG), to Charakter byśmy podbili do 14, a Percepcję do 12.

4) Specjalizacja
Oczywiście wojownik. Tworzymy pomagającą reszcie maszynę do zabijania, z paroma dodatkowymi umiejętnościami, ale jednak mordercę. Wykupowanie za niższą cenę umiejętności związanych z walką będzie nam bardzo na rękę.

5) Umiejętności

Broń Palna:
Pistolety - 1+...2+3
Karabiny - 1+...2+3+4
Broń Maszynowa - 1+...2+3+4
Pakiet mamy wykupiony dzięki Wyszkoleniu
Razem 2+3+2+3+4+2+3+4=23

Pirotechnika:
Rusznikarstwo - 1+...2+3+4
Wyrzutnie - 1+...
Materiały Wybuchowe - 1+...
Pakiet mamy wykupiony dzięki Wyszkoleniu
Razem 2+3+4=9

Prowadzenie Pojazdów:
Samochody - 1+2
Motocykle - 1
Ciężarówki - 1
Razem 5+2=7

Siła Woli:
Odporność na Ból - 1+2+3+4
Niezłomność - 1
Morale - 1
Razem 5+2+3+4=14

Medycyna:
Pierwsza Pomoc - 1+2+3+4
Razem 3+2+3+4=12

Podsumowując wszystko: 23+9+7+14+12=65pkt.

Oczywiście pewna nieścisłość, o której mówiłem w "Snajperze" daje nam 10pkt. więcej. Jeśli z tego skorzystamy, to radzę dopakować coś związanego z bronią - nie ważne jaką. Może być do walki wręcz, może to być łuk, albo proca, może to być rzucanie.


6) Sztuczki
Ruchomy Cel - w połączeniu z naszą cechą z pochodzenia okazuje się, że nie zbieramy kar do strzelania ani za nasze poruszanie się, ani za poruszanie się celu. Znacząco to nam ułatwi grę, a nasza postać stanie się oryginalnym działkiem obrotowym na dachu drużynowego samochodu.

7) Choroby
Zazwyczaj nie ma wyboru, ale jeśli jest, to oczywiście bierzemy najmniej inwazyjną z chorób - Alergię. W "Snajperze" proponowałem jeszcze Hemofilię, z uwagi na to, że Snajper siedzi raczej z daleka od pola walki. Tutaj Hemofilia to nasze przekleństwo. Nasz Gunner ma sporą Odporność na Ból, ale z Hemofilią przeciekałby jak sito mimo zdanych testów odporności. I na co komu taki wojownik?

8) Reputacja
Detroit 1, lub jeśli braliśmy Człowieka z Nie Twojego Zasranego Interesu - gdziekolwiek.

9) Sprzęt
Na początek skromnie:
AK - 70g - nie zatnie się przy pierwszym strzale, można na nim polegać, amunicję w miarę łatwo dostać. Dobry karabin startowy dla Gunnera.
15x7,62mm AK - 30g - cóż, na początku stać nas będzie tylko na pół magazynka, ale to nic. Znajdzie się.

10) Podsumowanie
Support Gunner ma kilka ważnych cech:
a) support, bo opatrzyć porządnie umie, Pierwsza Pomoc na 4 + 12 Sprytu to nie jest zły wynik jak na (mimo wszystko) wojownika.
b) odporne z niego bydle. Odporność na Ból na 4 + 12 Charakteru to też nie jest zły wynik. Nawet jeśli oberwie, to jeszcze chwilę postoi.
c) jeśli chodzi o wspomaganie drużyny na drodze, to nie ma sobie równych. Postrzela ze wszystkiego, kar za wszelki ruch nie ma. Jedyne co go obchodzi, to wielkość celu i jego odległość - a to da się załatwić sprzętem. Wysoka Budowa i Zręczność pozwalają mu posługiwać się większością broni z niezłą precyzją. Umiejętności walki też są niczego sobie.
d) support może również robić za obozowego rusznikarza. Rusznikarstwo na 4 + 12 Sprytu robi swoje. Zna się również na materiałach wybuchowych i różnego rodzaju wyrzutniach (które również mogą być montowane na pojazdach, czyżbym słyszał ulatujące kary za ruch?).

Gear up and fuck 'em up.

poniedziałek, 6 maja 2013

Power Gaming - Snajper


Power gaming, czyli wykorzystywanie systemu tworzenia postaci do maksimum, by stworzyć jak najbardziej wyspecjalizowanego bohatera. Każdy system ma luki, dzięki którym można już na samym etapie kreacji postaci zacząć dążyć do bycia specjalistą z określonego zakresu umiejętności. Poniżej przedstawiam snajpera, postać wykorzystującą system Neuroshimy i jej ewentualnych dodatków do granic.


Małe wtrącenie zanim zaczniemy - przy współczynnikach podany jest podział z 60pkt. +1 z pochodzenia, jest to opcja dostępna z podręcznika. W ten sposób unikamy losowości wyników z kości, jak i również daje to nam przybliżone wartości, o które powinniśmy się modlić gdy postanowimy rzucać.

1) Pochodzenie
Interesuje nas jedna cecha - Urodzony Morderca w pakiecie Broń Strzelecka.
Tą cechę możemy otrzymać wybierając Hegemonię, wtedy mamy określone miejsce pochodzenia i modyfikator +1 do Budowy.
Możemy ją również otrzymać dzięki cesze Wszechstronność Do Kwadratu z pochodzenia Nie Twój Zasrany Interes, wtedy mamy +1 do dowolnego współczynnika, a miejsce pochodzenia wybieramy według swojej woli.
Jeśli komuś nie przeszkadza pochodzenie z Hegemonii, lub wręcz lubi postacie wywodzące się z tamtych okolic, to radzę właśnie Hegemonię wpisać do karty - taka opcja dodaje moim zdaniem więcej głębi postaci niż w przypadku wybrania Nie Twojego Zasranego Interesu, który działa tutaj bardziej jako ratunek dla tych, którzy Hegemonii nie lubią.

2) Profesja
Jeśli chodzi o podstawowy podręcznik do Neuroshimy, to nasz wzrok powinien spocząć na Żołnierzu i cesze Wyszkolenie.
Jeśli wasz MG się zgodzi na dodatek S.A.R.G.E., wtedy radzę wybrać Snajpera i cechę This Is My Rifle. Daje ona modyfikator -20% do strzelania z ulubionego karabinu, jak i również sprawia, że zaciąć się może tylko w przypadku wyrzucenia 2x20. Sama cecha mówi również o specyficznej reputacji w armii, ale szczerze mówiąc uważam, że co za dużo, to niezdrowo. Sama cecha już bez tej specjalnej reputacji jest bardzo dobra, a poza tym ta reputacja obowiązuje tylko w armii NUSA i Posterunku.

3) Współczynniki
Budowa: 13
Pozwala nam na korzystanie z większości karabinów.
Charakter: 12
Kiedyś zdarzy się, że nas trafią, trzeba być wtedy na tyle ogarniętym, by móc im jeszcze oddać.
Percepcja: 14
Snajper przede wszystkim się kryje i wypatruje przeciwnika.
Spryt: 8
Nie jesteśmy mózgiem drużyny.
Zręczność: 14
Przyzwoita liczba dla postaci walczącej.

13+12+14+8+14=61pkt.

PS: mój MG uważa, że 61pkt. to za mało, głównie dlatego, że jako jedyny z drużyny zawsze rozdzielałem sobie współczynniki zamiast losować (szczęście do niskich wyników nie zawsze mi pomaga) i miałem ogólnie nawet o 10pkt. mniej od reszty drużyny. Dlatego często zwiększał ten pułap do 66pkt. by wyrównać nasz poziom. Jeśli wasz MG jest również tak hojny, to 4 z 5 dodatkowych punktów dodajcie do Sprytu, a ostatni wsadźcie w Percepcję.

4) Specjalizacja
Specjalizacja daje nam zniżkę przy kupowaniu umiejętności za PD. Nasz snajper, choć wydawałoby się, że powinien być Wojownikiem, będzie Rangerem. Dzięki temu łatwiej będzie nam rozwinąć umiejętności podchodzące pod Percepcję, które nie będą aż tak rozwinięte na samym początku, jak umiejętności walki.

5) Umiejętności
Mamy do dyspozycji 65pkt., z czego 30 jest na specjalizację, a 35 na resztę.
Jeśli jako profesję wzięliśmy Żołnierza z Wyszkoleniem, to mamy dwa pakiety na start na jedynkach - Broń Strzelecką i Pirotechnikę. Poza tym mamy jeszcze Urodzonego Mordercę w Broni Strzeleckiej, który da nam +2 do końcowych wyników umiejętności w tym pakiecie. Poniżej rozpisane są umiejętności nas interesujące, wraz z ich poziomem i kosztem w pkt.

Broń Strzelecka:
Pistolety - 1+...+2
Karabiny - 1+...2+3+4...+2
Broń Maszynowa - 1+...+2
Pakiet mamy wykupiony dzięki Wyszkoleniu, mamy również zapewnione +2 z Urodzonego Mordercy. Zwiększamy w takim razie Karabiny z poziomu 1 do 4.
Razem 2+3+4=9pkt.

Pirotechnika:
Rusznikarstwo - 1
Materiały Wybuchowe - 1
Wyrzutnie - 1
Posiadamy cały pakiet na 1 dzięki Wyszkoleniu.
Razem 0pkt.

Kamuflaż:
Skradanie - 1+2+3+4
Ukrywanie - 1+2+3+4
Maskowanie - 1
Najpierw kupujemy cały pakiet, potem zwiększamy dwie pierwsze umiejętności do 4 poziomu, by mieć suwak.
Razem 5+2*(2+3+4)=23pkt.

Spostrzegawczość:
Nasłuchiwanie - 1+2+3+4
Wypatrywanie - 1+2+3+4
Czujność - 1
Najpierw kupujemy cały pakiet, potem zwiększamy dwie pierwsze umiejętności do 4 poziomu, by mieć suwak.
Razem 5+2*(2+3+4)=23pkt.

Siła Woli:
Odporność na Ból - 1+2+3
Niezłomność - 1
Morale - 1
Najpierw kupujemy cały pakiet,a następnie zwiększamy Odporność do 3 poziomu.
Razem 5+2+3=10pkt.

Podsumowując wszystko: 9+0+23+23+10=65pkt.

PS: W podręczniku jest pewna nieścisłość. W wersji 1.5 na stronie 85 mamy napisane, że punktów jest 75, a na stronie 86, że jest ich 65. Osobiście zawsze korzystałem ze strony 86, bo jest tam ramka "Zasady zakupu Umiejętności", ale jeśli power gaming oznacza dla was również wyciskanie wszystkiego z błędów w druku, to bierzecie 75pkt. Za te dodatkowe 10pkt możecie podwyższyć sobie Maskowanie, Czujność, Odporność na Ból, dokupić Zwinne Dłonie (2 poziom i tak będzie potrzebny do sztuczki) lub Przygotowanie Pułapek (3 poziom do sztuczki Głaz) - bo to się przyda.

I jeszcze wtrącenie - gdybyśmy zamiast Żołnierza z Wyszkoleniem wzięli profesję Snajper z dodatku, to nie mielibyśmy całego pakietu Pirotechnika i:
1) albo musielibyśmy mieć Odporność na Ból na poziomie 1, by nic się nie zmieniło w pakiecie Broń Strzelecka (zabieramy 5pkt. z Siły Woli i kupujemy pakiet Broń Strzelecka by zniwelować różnicę)
2) albo mamy Odporność na Ból na poziomie 2, ale w pakiecie Broń Strzelecka mamy Pistolety i Broń Maszynową na poziomie 2 (nie kupiliśmy całego pakietu, tylko Karabiny na poziom pierwszy za 3pkt, które zabieramy z Siły Woli)

6) Sztuczki
Naszą startową sztuczką będzie Snajper, z podręcznika podstawowego. Dzięki tej sztuczce nasza luneta da nam nie -40% ułatwienia, a -80%.

Inne sztuczki, które są pomocne dla naszego snajpera to:
Podręcznik Podstawowy:
Pewna Ręka (przy chociaż jedno-segmentowym celowaniu dostajemy ułatwienie -30%)
Ruchomy Cel (nie otrzymujemy kar za poruszanie się celu, potrzebny jest jednak Spryt na 12 - właśnie dlatego przy współczynnikach pisałem, że jeśli mamy hojnego MG, to należy Spryt dopakować)
Padnij/Powstań (padnięcie nie zajmuje nam segmentów, a powstanie tylko jeden)
W Mgnieniu Oka (nie tracimy segmentu na dostrzeżenie wroga po wychyleniu się zza osłony)
Głaz (potrzebne będzie nam Przygotowanie Pułapki na poziomie 3, ale jesteśmy Rangerem, więc nie będzie to takie drogie. Sama sztuczka pozwala nam być nieruchomym przez 20 minut pomnożone przez nasz Charakter, czyli minimum 4h)
Magazynek (w tej sztuczce trzeba uwzględniać typ broni, dla którego ją wykupujemy, tak więc - "dla karabinów")
Z dodatku Ołów:
Rygiel (będą potrzebne Zwinne Dłonie na poziomie 2, ale dzięki temu karabin ryglujemy w jeden segment, zamiast dwóch)

7) Choroby
Tutaj raczej się losuje, a nie wybiera. Jednakże, dla naszego snajpera najlepsze choroby to Alergia i Hemofilia. Inne wpływają zbyt znacząco na nasze funkcjonowanie, np.: snajper z Szaleństwem Bostońskim lub Paranoją to nie najlepszy wybór. Albo kto da komuś z Zespołem Thurmana choćby potrzymać karabin? Alergia jest mało inwazyjna, a z kolei Hemofilia nie robi nam prawie żadnej szkody - i tak byśmy siedzieli daleko od pola walki, w końcu jesteśmy snajperem. A nie trzeba nic łykać.

8) Reputacja
Jeśli w kroku 1 wybraliśmy Hegemonię - to tam mamy nasz punkt. Jeśli wybraliśmy Nie Twój Zasrany Interes, to mamy ten punkcik gdzie chcemy.

9) Sprzęt
Korzystając z podręcznika podstawowego zaczniemy z następującymi przedmiotami:
Springfield - 45g
Celownik Optyczny - 40g
Dwójnóg - 10g
Pocisk 7,62mm - 3g
2 Papierosy - 2g
Strzelenie w tego frajera, który zabrał ci motocykl i myśli, że jest bezpieczny daleko, prawie znikając za horyzontem - bezcenne
Za wszystko inne zapłacisz kartą MC.

Nie ma tego sprzętu dużo. To trzeba przyznać. Ale z drugiej strony jesteśmy ograniczeni tymi 100 gamblami. Trzeba sobie radzić.

Springfield - Niezawodny (zacina się na 20), Celny (-10%), Punkty Przebicia: 2, Obrażenia: Ciężkie, Wymagana Budowa: 13, Magazynek: 5x7,62mm

Cudeńko. Ale jest coś lepszego, co będzie ciężko znaleźć, a już na pewno nie kupimy tego na samym początku - jest to Mauser Kar98k (dodatek Arsenał Gracza #1).

Kar98k - Niezawodny (zacina się na 20), Bardzo Celny (-20%), Punkty Przebicia: 3, Obrażenia: Ciężkie, Wymagana Budowa: 13, Magazynek: 5x7,92mm

Amunicję, jak i samego Kar-a, będzie znaleźć ciężko. Jeśli jednak chcesz mieć porządną armatę, to właśnie to powinien być twój wybór.

Ktoś może zadać pytanie - "Czemu nie kupić sobie karabinu snajperskiego, jakiegoś M40A3, albo nawet M82A1?". Bo to gówno. Nowoczesne gówno, które musi mieć dobrą amunicję by działać, inaczej się zacina na co 4 strzale. Poza tym, Springfield i Kar to również poniekąd karabiny wyborowe, ale starej daty. I są lepsze. Poza tym, mając np.: Barrett'a raczej szkoda będzie wywalić półcalowy pocisk na jakiegoś głupiego typa, który pomyślał, że akurat ma większe jaja od was. Mniej szkoda 7,62mm.

Oprócz wymienionych wyżej dodatków przydać się jeszcze może tłumik, noktowizor, dalmierz, ewentualnie termowizja jak jakąś dorwiesz. Zacznij od tłumika.

10) Po co to wszystko?
Zróbmy takie małe podsumowanie.
Po 1: masz 14 Zręczności i 6pkt. w Karabinach. To już sprawia, że rzadko pudłujesz
Po 2: Springfield da ci -10%
Po 3: luneta da ci -80%
Po 4: dwójnóg da ci -10%
Po 5: masz już 14 Zręczności, 6 w Karabinach i -100% ułatwienia (jeszcze nie zacząłeś grać)
Po 6: jeśli wybrałeś profesję Snajper z dodatku, to masz już -120% ułatwienia, a twoja spluwa zacina się przy 2x20
Po 7: po jakimś czasie kupujesz Ruchomy Cel i Pewną Rękę - to tylko 400PD, hojny MG da ci tyle w jednej dłuższej sesji przepakowanej akcją, ewentualnie będą to dwie sesje
Po 8: po dwóch sesjach masz 14 Zręczności, 6 w Karabinach, brak kar za poruszanie się celu i od -130% (Żołnierz z Wyszkoleniem) do -150% (profesja Snajper) ułatwienia do strzelania, twoja spluwa dalej zacina się tylko przy dwóch dwudziestkach.

Power gaming? Nope, just Seth.

Power Ranger


Support Ranger build – jest to sposób na stworzenie niemalże doskonałego wsparcia dla większości drużyn składających się z różnej maści walczących postaci. Łączy w sobie cechy zwiadowcy, medyka oraz nie jest słabeuszem w walce.
Wykorzystane tutaj cechy pochodzą tylko i wyłącznie z podręcznika podstawowego.

Krok 1: Pochodzenie
Teksas (cecha Dr. Quinn) lub Człowiek z... (cecha Wszechstronność). Podaję tutaj dwie możliwości, bo pierwsza wymusza bycie kobietą. Pierwsza daje nam pakiet Medycyna na +4, druga niewykupione umiejętności spod najwyższego współczynnika na poziom 1. Dr Quinn jest dużo lepsza w naszym przypadku... ale ogranicza nas wtedy płeć.

Krok 2: Profesja
(Gladiator z cechą Łyżeczka) gwarantuje nam niesamowity bonus do pakietu walki wręcz.
Uwaga! Formalnie cecha ta daje umiejętność walki trzymaną bronią na poziom 4. Wyłączona z tego jest tylko broń palna, więc będąc dokładnym można jeszcze dorzucić tutaj Łuki/Kusze/Proce na poziom 4. Nie jest to jednak mile widziane przez większość MG...

Krok 3:Współczynniki
Zakładamy 61 punktów podręcznikowe.
Budowa 12 (żeby móc nosić większość karabinów powtarzalnych)
Zręczność 12 (podstawa, by umieć walczyć)
Charakter 10 (z tego współczynnika wykorzystujemy jedynie Odporność na ból)
Spryt 12 (tylko po to, by umieć leczyć na polu walki... )
Percepcja 15 (to jest oś naszej postaci.)
Jeżeli Twój MG dał wam więcej punktów: Zręczność, Spryt, Spryt, Percepcja, Zręczność, Spryt, Percepcja... Dalej według woli.

Krok 4: Specjalizacje
Nie ma co się rozwodzić – Ranger. Bonus -20% to wykupywania umiejętności przetrwania i kamuflażu zawsze się przyda.

Krok 5: Umiejętności
Jako że podręcznik podstawowy nie daje nam możliwości stworzenia podstawy do dobrego rangera z pochodzenia i profesji, musimy zrobić to tutaj. Mamy podręcznikowe 65 punktów.
Dla każdego wykupujemy:
Spostrzegawczość: 3/3/3 (20 punktów)
Kamuflaż: 3/3/3 (20 punktów)
Broń strzelecka: 0/3/0 (8 punktów)

Dla „Wszechstronnego”:
Medycyna: 2/2/2 (20 punktów)
Przetrwanie: 1/1/1 (0 punktów)
Orientacja w terenie 1/1/1 (0 punktów)
Siła woli 0/2/0
Wydaliśmy 64, pozostaje nam 1 punkt do wymiany na gamble.

Dla „Dr Quinn”:
Medycyna: 4/4/4 (0 punktów)
Przetrwanie: 1/1/1 (5 punktów)
Orientacja w terenie: 1/1/1 (5 punktów)
Siła woli: 0/2/0 (5 punktów)
Wydaliśmy 64, pozostaje nam 1 punkt do wymiany na gamble.

ALE jeżeli spojrzymy stronę wcześniej, to zauważymy wzmiankę o 75 punktach umiejętności. Jeśli to wykorzystamy, to:

Dla każdego wykupujemy:
Spostrzegawczość: 3/3/3 (20 punktów)
Kamuflaż: 3/3/3 (20 punktów)
Broń strzelecka: 0/3/0 (8 punktów)

Dla „Wszechstronnego”:
Medycyna: 3/3/3 (20 punktów)
Przetrwanie: 1/1/1 (0 punktów)
Orientacja w terenie 1/1/1 (0 punktów)
Siła woli 1/2/1 (7 punktów)

Dla „Dr Quinn”:
Medycyna: 4/4/4 (0 punktów)
Przetrwanie: 2/1/2 (9 punktów)
Orientacja w terenie: 1/2/2 (9 punktów)
Siła woli: 0/3/0 (8 punktów)
Pozostaje nam 1 punkt do wymiany na gamble.

Krok 6: Sztuczki:
Żelazne racje pozwolą nam zakonserwować żywność, co bardzo się przydaje przy niedoborach jedzenia. Jeżeli wiecie, że macie miłego MG, który daje wam dużo jedzonka – olejcie sztuczkę i bierzcie gamble. Na bank się przydadzą wam i drużynie.

Krok 7: Choroba
Jeżeli MG daje wam wybór – bierzcie alergię na roślinki. Zakładam, że nie wyśle was do Neodżungli. Jeżeli tak – wtedy bierzecie alergię na kurz i stęchliznę. O ile MG pozwoli wam wybrać...

Krok 8: Reputacja
Tu nie mamy wyboru.

Krok 9: Formularz
To każdy wypełnia sam (albo nie). Mechaniki tutaj zero.

Krok 10: Sprzęt
Poza wyposażeniem podstawowym, musimy mieć:
a) karabin powtarzalny Springfield – 45 gambli
b) torba lekarska – 10 gambli
c) 2 rolki bandaży – 10 gambli
d) folia przezroczysta – 5 gambli
e) kompas – 5 gambli
f) 5 naboi 7,62mm – 15 gambli
g) 10 papierosów (do palenia, lub jako „waluta”) – 10 gambli
h) inne rzeczy, na które zabrakło, a które zdobyliście na etapie sprzedawania punktów umiejętności i sztuczki: mocny plecak, manierki i bukłaki, więcej amunicji, więcej jedzenia i wody, ubranie maskujące, więcej bandaży i leków...

Wielu z was pewnie spyta, „po co mi folia?”. Odpowiedź jest prosta – dzięki niej zdobędziecie wodę. Rozkładacie ją wieczorem w jakimś płytkim lecz rozległym dołku i przygniatacie rogi. Do rana skropli wam się na niej rosa, którą zbieracie i pijecie.

Krok ostatni: Znajomości
Jeżeli wasz MG lubi znajomości... To oby miał Bohatera do Kwadratu. Zasady z „podstawki” są zbyt ogólne, żeby stworzyć znajomych z prawdziwego zdarzenia. Ale to już zostawiam wam...

PODSUMOWANIE
Mimo że postać była tworzona w celu powergamingu, to jest to moim zdaniem ciekawe połączenie. Co skłoniło postać z medycznymi predyspozycjami do walk na arenie? A może gladiator sam zaczął opatrywać swoje rany?
Postać stworzona w ten sposób poradzi sobie niemal w każdej sytuacji, jaka przydarza się w większości przygód:
  • umie walczyć (wręcz i na dystans), czego dowodem są „czwórki” i „trójka” w umiejętnościach walki,
  • umie łatać rany i leczyć choróbska (odpowiednio pakiet na 2 lub 4)
  • skrada się (Pakiet Kamuflaż na 3), jest spostrzegawcza (Pakiet Spostrzegawczość na 3)
  • nie jest zupełnie zielona w sprawach survivalu (Przetrwanie) i orientuje się, gdzie zmierza (Orientacja w terenie)
  • jak oberwie, to wytrzyma i będzie walczyć dalej (Odporność na ból na 2 lub 3).
  • [tylko dla Doktor Quinn] jest kobietą, zapewne niebrzydką, a jeśli gracz też jest kobietą, to i odegra to dobrze :)

poniedziałek, 25 października 2010

Ben Shepard

Pytacie mnie, jak mijało moje dzieciństwo? Tak jak każdemu dziecku Teksasu! Sielanka! Podczas mojej wędrówki po Stanach, widywałem wiele dzieciaków. Większość z nich wyglądała jak Croats bez pazurów. Małe, strachliwe, trzymające się w grupie... Ale wracając do mnie. Do siódmego roku życia moim głównym zajęciem było pilnowanie bydła na trasie... Koszmar. I za każdym razem, gdy coś się działo, ojciec wrzucał mnie do jeepa, zatrzaskiwał drzwi i kazał siedzieć cicho. Wyglądałem zawsze jak sobie radzą nasi i zazwyczaj radzili sobie nieźle...

Ale nawet najlepszym czasem się coś spieprzy. Tego dnia zginęło ośmiu naszych. Po raz pierwszy niedoceniliśmy przeciwnika. Hegemońce musiały zapłacić mądralom z Vegas za jakieś zastrzyki mutagenne... Ja pierdolę... Dali w łapę felczerom z Vegas za takie strzykawki z gównem, które robi z ludzi mutantów... Skąd wiem? Bo mój stary znalazł te strzykawki. Stąd. Mój staruszek był najlepszym chemikiem w tej części ZSA. Ci z Vegas mogliby mu lizać dupę... No i tamte wielkie gówna stały się dzięki tym strzykawom jeszcze większe, a ich mózgi z małych stały się mikroskopijne... Nie mam pojęcia czy czuli ból. Wiem, że diabelsko trudno było ich powalić. Zaatakowało nas siedmiu. Zatłukli ośmiu. Stado się rozbiegło. Mój ojciec stracił nogę. Ja przeżyłem w jednym kawałku tylko dlatego, że siedziałem w wozie.

Wróciliśmy do domu. Ja na jednym koniu, ojciec przywiązany do drugiego, jedyny z naszych, który przeżył, Mały Tim, w wozie. Ze stada liczącego 80 sztuk, zostało nam 13. Żadnych samców. Zero zdolności do rozrodu. Ostatnie zaskórniaki jakie mieliśmy, poszły na metalową nóżkę dla ojca i na dwa byki. Musieliśmy budować nasze stado od nowa.

Minęły dwa długie lata. Ja w tym czasie pokazałem się ojcu z trochę innej strony. Zawsze szedłem przed stadem, wypatrując zasadzek, obserwując ruchy drapieżników, przewidując pogodę i inne przeszkody na drodze konwoju. Odwiedzaliśmy skup Bęzrękiego, gdzie sprzedawaliśmy część stada, po czym wracaliśmy. Nudy? Może dla Ciebie! Ty od zawsze siedzisz w tej śmierdzącej szczynami melinie. Ale nie było zawsze tak samo. Nie raz wyśledziłem grupę mutantów, zaczajonego Połykacza, czekającego tylko aż stado przejdzie przy jego leju... Jednak jedna z takich wypraw przebiegła inaczej niż zawsze. Gdy dotarliśmy na miejsce skupu, dowiedzieliśmy się od Bezrękiego, że Poganiacze z F.A. nie stawili się po odbiór bydła i żaden z kurierów nie chciał się podjąć tego zadania. Zaoferowaliśmy pomoc. Mieliśmy przegonić blisko pół tysiąca krów do Federacji. To była najtrudniejsza rzecz jaka trafiła się mojemu ojcu. I jednocześnie najlepiej płatna. Przy odbiorze mieliśmy dostać 200 gambli za każdą z krów. Czyli razem... umie ktoś tutaj liczyć? 100.000 gambli. 40 tysięcy mieliśmy oddać z powrotem Bezrękiemu, ale to i tak 60 tysięcy to kieszeni! Zanim się zebraliśmy, zatrudniliśmy 30 ochroniarzy do konwoju. Obiecaliśmy im zapłatę po wykonaniu zadania. Na początku nie chcieli się zgodzić, jednak widząc ogrom stada zauważyli, że to nie przelewki. Nasze przyszłe fundusze zmalały do 50 tysięcy. Trzeba było kupić środki transportu i paliwo na drogę. I już tylko 40 tysięcy. Wyżywienie. 35. Poczuliśmy, że zostaliśmy zrobieni ostro w dupę. Ale nic. 35 tysięcy nie jest złe.

Wyruszyliśmy. Przez całą drogę było cicho. Żadnych kłopotów. Żartowałem... Z początkowych 30 ochroniarzy pozostało 12. Chcieli podwyższenia stawki. Zgodziliśmy się. Mały Tim wyliczył, że i tak będziemy mieć 43 tysiące. Zajebiście. Tyle, że chcieli nas wydymać przy odbiorze bydła. Nas! My potrafilibyśmy z zamkniętymi oczami wybebeszyć każdą z tych krów, odebrać od nich porody i jeszcze przy tym je doić! Pieprzyli coś o wadach genetycznych. Pierdolili! To, że krowa miała 6 nóg nie oznacza, że jest chora! Dzięki temu ważyła dwa razy więcej, było dwa razy więcej mięsa, więc kosztowała też podwójnie. Wkurwieni wróciliśmy. 80 tysięcy. 17 poszło w koszta. Zostało 63. Bezręki dostał tylko 30. Niech się skurwiel cieszy, że w ogóle. Za pozostałe 33 tysiące rozbudowaliśmy ranczo. Jedyny kto mógł się z nami równać był nasz „sąsiad” Bradley.
 
niestety, kurwa, do czasu. Niedługo po moich dwunastych urodzinach, nasz dom został zaatakowany. Ojciec zawsze powtarzał: „To co przychodzi ze strony, gdzie zachodzi słońce, zwiastuje kłopoty”. Atak nastąpił właśnie z zachodu. Z daleka wyglądało to na następny najazd Hegemońskiego gówna. Jakże się pomyliliśmy... Strzelaliśmy do atakujących. Niektórzy padali, jednak nawet po postrzale w głowę, najeźdźcy powstawali i biegli dalej. Nie było mowy o pomyłce. To, co na nas biegło to mutanty.


Gdy do nas dobiegły, zostało ich około 20. Nas było 10. Dzika fala dobiegła do nas. My, ukryci w domach odpieraliśmy atak. W oddali usłyszałem charakterystyczny ryk silnika i terkot ciężkiego karabinu. To Bradley Johannson, nasz sąsiad przybył z odsieczą. Trzask. To wyłamały się drzwi naszego domu. Do środka wbiegły dwa wielkie mutanty. Ojciec wepchnął mnie do piwnicy i zatrzasnął kratę. Chwilę po tym usłyszałem stłumiony jęk, a przez drewnianą podłogę zaczęła przesączać się krew... Zacząłem płakać.

Nagle otworzyła się krata. Zobaczyłem w niej łeb wielkiego mutanta... Jego oczy płonęły. Na twarzy miał jakieś dziwne znaki, a jego łeb przystrajał czerwony irokez. Wyszarpnął mnie z piwnicy i rzucił na podłogę. Zasłoniłem ręką twarz. Napastnik uniósł ogromny nóż i zaatakował. Wbił nóż w mój brzuch, rozdarł go, a potem wgryzł się w nerkę. Mój mocz zalał jego twarz, jednak nie przejął się tym. Rozdzierał ciało. Wrzasnąłem. W tej chwili Bradley poderżnął gardło mutantowi. W oczach mojego dawnego oprawcy widziałem ludzkie zaskoczenie i ból, a potem spokój, gdy osunął się bezwładnie na ziemię. Oczy mojego obrońcy były zupełnie inne. Płonął w nich ten sam ogień, który widziałem u potwora wyciągającego mnie z kryjówki. Wiedziałem, że Bradley mnie uratował, jednak ja od tamtego czasu nie potrafiłem nie widzieć w ludziach morderców. Nienawidziłem mutantów za zabicie mi ojca, jednak ludzie nie byli niewiele wyżej od nich...

Bradley przygarnął mnie pod swoje skrzydła. Nie omieszkał oczywiście do cna złupić naszej farmy, zabrać ostatnie dwie krowy i przywłaszczyć sobie pozostałych przy życiu niewolników. Byli to Dick i Rick – czarnoskóre rodzeństwo. Od czasu ataku nie odstępowali mnie na krok. W wieku 16 lat, po raz drugi widziałem atak mutantów. Tym razem zaatakowali południowego sąsiada Bradleya. Wyjechaliśmy w 4 osoby: ja, Bradley oraz dwaj moi zaufani słudzy. Udało nam się uratować paru niewolników, kilka krów, lecz zarządca rancza zginął. Na trupach mutantów widziałem te same tatuaże, co na tych z poprzedniego ataku. Gdy podzieliłem się tą informacją z Bradleyem, ten spiął się, wściekł na mnie i kazał znikać z oczu. Wydało mi się to podejrzane. Od tego czasu postanowiłem go śledzić.

Pewnej nocy obudziły mnie kroki. Johannson wyszedł z domu i skierował się na zachód. Porwałem Garanda stojącego przy drzwiach i wybiegłem za nim. Starałem się nadążyć za Bradleyem, ale był ode mnie dużo szybszy. W pewnym momencie mogłem kierować się tylko jego śladami w namoczonym piasku... Po jakimś czasie usłyszałem rozmowę. Gdy wyjrzałem zza wydmy, zobaczyłem 4 mutantów rozmawiających z Bradleyem. Ci byli więksi od tych których widziałem, jednak ich ciała zdobiły znajome tatuaże.

...oszukał nas! - kończył wiązankę najsmuklejszy z mutantów.

Nie oszukałem. Mieliście mieć ciała ludzi do jedzenia i mieliście. Chcieliście więcej terenów do rozrodu – dostaliście. Ceną było życie kilku z waszych ludzi.

Ludzki śmieć stawia warunki, ludzki śmieć ginie szybko! - wrzasnął potężny mutant z pazurami jak u pumy.

Spokojnie panowie... Dookoła znajdują się moi ludzie. Zaatakujcie, a oni was rozwalą.

Nerwowo się rozejrzałem. Podobnie zrobili zmutowani. Nikogo nie widziałem.

Wiesz, komu grozisz? Jestem Urth! Twoi bracia z Zachodu nazywają mnie Łowcą Czerepów! Zabij mnie podstępem, a spadnie na Ciebie gniew naszych ojców! - mutant zaakcentował swoje słowa wyciągnięciem ogromnego topora.

Dajcie spokój... Przecież nie chcecie ginąć...

Zauważyłem, że ten skurwiel, Bradley zaczął się nadmiernie pocić. Jego ręka powoli wędrowała na kaburę pistoletu... W tym momencie wycelowałem i strzeliłem. Kula trafiła idealnie w nadgarstek mutanta z mieczem, który brał szeroki zamach. Dłoń mutanta odleciała na bok, a tamten stał zdziwiony, ściskając kikut dłoni. Bradley zaczął uciekać w moją stronę. Strzelałem dalej. Pogoń ruszyła. Moje kule latały... nie jestem pewny ile razy trafiłem, bo nawet gdy byłem pewny trafienia, mutanty biegły dalej. Jeden padł. Jeszcze trzydzieści metrów. Drugi. Dwadzieścia. Trzeci zginął 10 metrów ode mnie. Czwarty rzucił się na Bradleya. Odstrzeliłem mutantowi łeb. Krew obryzgała Bradleya. „Teraz jesteśmy kwita. Ty uratowałeś mnie, a ja Ciebie. A to za mojego ojca!” krzyknąłem i władowałem mu kulkę w serce.

Usiadłem na piasku. Siedziałem tak parę godzin patrząc się w przestrzeń. Powoli ruszyłem w stronę rancza. Nie wiedziałem, co robić. Zostawiłem Dick i Rickowi wiadomość, że są wolni i mogą robić co chcą. Sam wyruszyłem na północ z chęcią zabicia wszystkich mutantów i zmutowane zwierzęta, oraz zdradzieckich ludzi, którzy weszli z tymi bestiami w układy. Wędrowałem od osady do osady, od domu do domu, przyjmując zlecenia i słuchając opowieści o każdym przejawie mutacji. Tak samo traktowałem zmutowane psy, jak i ludzi. Tropiłem je, po czym zabijałem lub wabiłem do klatek.

W międzyczasie, na pustyni spotkałem wędrującego szamana. Gdy mnie zobaczył, podbiegł i zmusił mnie do wysłuchania jego proroctw. „Jesteś sierotą! Zostałeś zdradzony przez kogoś, komu ufałeś! Tropisz Inne! Inne zabiły Ci rodzinę! Pragniesz zemsty! Jednak inne są odporne na zwykłe ciosy! Pomioty złego boga można zabić tylko podstępem! Weź tą dmuchawkę. Służyła mi dzielnie i teraz daję ją Tobie. Nazywa się „Duty” i kiedyś stanie się bardziej zabójcza od ognistych lasek!” Krzyczał. Wręczył mi długą tubę i dwa słoiczki. „To trucizny z pomiotów złego boga. Używaj ich przeciwko im samym!” Przyjąłem prezent, przytroczyłem rurę do plecaka i poszedłem dalej.

Jedna z wiosek prawie stała się moim grobem. Gdy do niej wszedłem, wszystko wydawało się normalne. Dzieci bawiące się na ulicy, dorośli popijający jakieś szczyny przed domem... Sielanka. Gdy zadałem pytanie o mutacje, zapadła cisza. Jakieś dziecko pobiegło, by następnie wrócić ze starym, dobrze ubranym człowiekiem. Okazał się burmistrzem miasta i opowiedział mi, że mieszkańcy tej wioski są nawiedzani przez „lądowe ośmiornice”. Pierwszy raz słyszałem takie określenie. Gdy zapytałem o coś więcej, burmistrz odrzekł, że mutanty są, ale wychodzą tylko w nocy i jeżeli zostawią im jedzenie, nie atakują domów. „Gnieżdżą się w starym magazynie” rzekł. Wyruszyłem tam niezwłocznie. To było jedno z moich pierwszych polowań, więc jeszcze byłem głupi. Nie dowiedziałem się niczego o zagrożeniu, jego wielkości, ilości, zdolnościach... Z latarką przytroczoną do ramienia wyruszyłem w głąb magazynu. Skradałem się korytarzem, gdy nagle coś spadło mi na głowę.

Garand wypadł mi z rąk, przy uderzeniu o ziemię strzelając w ciemność. Potwór na mojej głowie zaczął oplatać szyję mackami... Dusiłem się... Z mroku zaczęły wyłazić następne... Udało mi się zerwać bestię z głowy i rzucić ją daleko od siebie... Ośmiornicopodobny stwór był dziwnie lekki, jakby pusty w środku... Jego rodzina pełzła w moją stronę... Szybko podniosłem karabin i wypaliłem zestrzeliwując jednego z nich w pół skoku. Powoli się wycofywałem, cały czas strzelając... Dwa potwory odrzuciłem na bok kolbą... Nagle z odnogi korytarza wyszła matka (a może ojciec?) tych dziwaków... O ile „dzieci” były nieco większe od ludzkiej głowy, ten sięgał mi do pasa. Zarzucił mi macki na plecy, a z nich wysunęły się krótkie kolce, które wpiły się w ciało, rozrywając skórę... Zacząłem się przebijać... Uwolnić od natłoku macek... Gdy już traciłem nadzieję, usłyszałem metaliczny brzęk, a potem wielki huk. Potwory uciekły, a ja stałem ogłuszony. Podbiegł do mnie wielki koleś z wielkim karabinem maszynowym w łapach i pasem granatów niedbale przerzuconym przez ramię. „Żyjesz stary? Jestem Logan. Czasami tutaj zaglądam, ale nawet ja nie miałem jaj, żeby wejść tu samemu... Jesteś albo początkujący, albo głupi. A może jedno i drugie...” zaśmiał się przybysz. „Jestem Logan. Wstawaj. Mogą zaraz wrócić.”

Ledwo skończył te słowa, w mroku znowu usłyszeliśmy człapanie... Logan otworzył ogień w ciemność. Słychać było tylko piski i chlupot krwi rozpryskującej się po ścianach. Nagle usłyszałem charakterystyczny odgłos. Karabin Logana się zaciął... Ja jednak nie próżnowałem. Podczas huku serii, budowałem prowizoryczne wnyki i znalazłem jakieś gazrurki do obrony. Okazało się, że ostrzał przeżyło tylko 6 stworów, w tym olbrzym. Zostały mi 4 pociski 7,62mm. Padły 4 maluchy. Logan rzucił swój karabin i złapał gazrurkę. Postąpiłem podobnie i zaatakowaliśmy. Nasze ciosy dosięgły by zwykłych przeciwników, jednak ilość macek potwora pozwalała mu na skuteczną obronę... W pewnym momencie zamachnąłem się i trafiłem ośmiornicę w bok. Stwór zatoczył się i zdekoncentrował. Wykorzystał to Logan. Jego potężne uderzenie zmiażdżyło przeciwnika wraz ze złamaniem zardzewiałego pręta. „To chyba wszystkie. Zobaczmy, czego pilnowały” powiedziałem. „Tak w ogóle to dzięki za pomoc. Te skurwielstwo mogło mnie zabić. Jestem Ben.” Poza wieloma jajami i ogromem śluzu nie znaleźliśmy nic. Kości poprzednich śmiałków były obgryzione do kości, skrawki materiału nie nadawały się do niczego. Połamane, na wpół strawione szczątki broni leżały rozrzucone po całych korytarzach, Spakowałem dwa jaja do plecaka, a resztę zniszczyliśmy.

Gdy opuściliśmy budynek magazynu, powitały nas wiwaty tłumu: „Dziękujemy! Już nigdy więcej głodu!” Podszedł do nas burmistrz, wręczył nam pudełko naboi 5.56mm, trochę jedzenia i rzekł: „To wszystko co możemy wam dać... Będziemy jednak opowiadać o was wszystkim przybyszom. Jesteście naszymi bohaterami. Jeżeli kiedyś tu wrócicie, nasze domy będą dla was otwarte.”

Powędrowaliśmy dalej we dwóch. Uznaliśmy, że tak będzie bezpieczniej. „Zacinająca się spluwa i brak kumpla przy boku to złe połączenie, nie sądzisz?” zaśmiałem się. Ruszyliśmy na północ. Trafiliśmy do jakiejś starej mieściny, gdzie za trochę jedzenia udało nam się kupić amunicję 7,62mm. Pojechaliśmy dalej. Upolowaliśmy parę królików. Nastała noc. Było cholernie zimno. Tak piździło, że nawet ten wielki żołnierz uznał, że nie będziemy nocować na środku pustyni. Rozejrzałem się po okolicy. Na horyzoncie było widać jakieś małe góry. „Tam może być jaskinia. To jakieś 3 km stąd.” powiedziałem. Trzęsąc się z zimna wyruszyliśmy. Jaskinia się znalazła. Rozłożyliśmy obóz, rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy coś, podzieliliśmy warty. Rutyna.

Gdy to się stało, budziłem Logana, by zmienił mnie na warcie. Usłyszałem ciężkie kroki na zewnątrz jaskini. Szybko zgasiłem ognisko, jednak było już za późno. Alahama odnalazła, to czego szukała... Zaczęła szarżować. Logan skoczył do swojego karabinu, jednak był zbyt wolny. Mi udało się jedynie uskoczyć przed szarżą Alahamy i zacząłem robić hałas. Ta wielka pizda skupiła swoje ataki na mnie. Machnęła łapą, rozdzierając mi ubranie i ciało na piersi. Zawyłem z bólu. Zalała mnie fala adrenaliny. Broniłem się przed potężnymi atakami stwora, przez co obie ręce miałem pocięte pazurami. Z każdą chwilą, gdy szał adrenaliny minął, traciłem siły. Logan podczas mojej walki wyrzucał wszystko ze swojego plecaka i znalazł to czego szukał – nową taśmę nabojową do Minimi. Upadłem pod naporem ciosów potwora, uderzając o ziemię głową. Żołnierz załadował karabin i rozwalił plecy Alahamy. Ta odwróciła się w stronę nowego celu, co dało mi czas na podniesienie się z ziemi. Następna seria spowolniła Alahamę – ckmista postanowił chyba odstrzelić jej nogi. Złapałem swój karabin, wycelowałem i strzeliłem prosto w łeb. Alahama zrobiła jeszcze parę kroków w stronę Logana, po czym padła na ryj. „Nie powinno jej tu być. Brak jakichkolwiek śladów. Musiała długo wędrować, by znaleźć jedzenie. Spieprzajmy stąd... Wracamy do wioski” powiedziałem zbierając swoje rzeczy. Moje rany krwawiły, jednak wolałem się pomęczyć, niż oddawać się w niewprawne ręce. Co jak co, ale ufam tylko teksańskim medykom... Nad ranem dotarliśmy do osady. Krew przesiąkała się z nowootwartych ran... Na skraju wioski podbiegła do mnie medyczka. Kapelusz zaczepiony do jej szyi, tak bardzo podobny do mojego, sprawił, że w jakiś sposób bezwarunkowo jej zaufałem. Zemdlałem. Obudziłem się na jakimś łóżku polowym. Wszystkie moje rany były opatrzone. Rozejrzałem się. Znalazłem wszystko... poza karabinem. Była nawet ta pieprzona dmuchawka! „Nie ruszaj się! Nie wiem, co Cię dopadło, ale rozerwało ci całą pierś. Masz jakiś miesiąc leżenia...” powiedziała wchodząca dziewczyna. Była niewiarygodnie piękna, czarnowłosa, oraz pochodziła z Teksasu. „Jesteś taka pi... pomocna... Może moglibyśmy Ci się jakoś odwdzięczyć?” moje usta same składały słowa. Nie panowałem do końca nad tym. „Jasne. Możecie mi pomóc szukać siostry. Ja w czasie drogi mogę was leczyć. To na pewno się przyda. Na początek znajomości: jestem Maria. Po prostu Maria.” odpowiedziała.
Nasza drużyna się rozrasta! Początkujący łowca mutacji. Magister ciężkie wsparcie. Teksańska dziewczyna. Brakuje nam tylko kogoś kto będzie naprawiał nam broń, bo jak na razie to mogę używać tej rury jak pałki, a jak Loganowi broń będzie się zacinać jak zardzewiały rozporek, to zdechniemy.

Wędrowaliśmy razem około dwóch miesięcy. Było w miarę spokojnie, parę ataków zwierząt, ale byliśmy na nie przygotowani. Ewentualnych ran doglądała Maria. Jej kobiecy urok pozwalał nam obniżać ceny w sklepach, chociaż przyciągało to też tych pieprzonych zboków. W okolicach Oklahomy zaczepił ją wyglancowany pizduś z Vegas. Goguś wyglądał na pierwszego lizidupca w okolicy. Gdy kazałem mu spieprzać, ten roześmiał mi się w twarz i powiedział, że z dzieciakami nie rozmawia. Wkurwiłem się. Wyjebałem mu z dyńki w nos tak mocno, że farba prysnęła! Maria nie podzielała mojego entuzjazmu. Uznała, że nie powinienem tego robić, a ona sama by sobie poradziła. Ech.

W tym samym miejscu usłyszałem o miejscu swoich marzeń – Kansas ZOO. Jeden z łowców opowiedział mi o istnym raju. O miejscu, gdzie zbierają wszystkich tych wyrzutków i zmutowane zwierzaki. Podobno da się tam dużo zarobić, a za żywe mutanty do badań płacą setki gambli. Zdecydowałem, że to dobry sposób zarobku. Gdy podzieliłem się tym pomysłem z drużyną, byli raczej sceptyczni. Maria jednak zareagowała na argument, że łowcy mogli coś słyszeć o jej siostrze. Chcąc, nie chcąc, Logan musiał na to przystać.

Droga minęła spokojnie. Gdy dotarliśmy do Kansas ZOO, zgłosiliśmy się jako grupa łowiecka. Szybko otrzymaliśmy pierwsze zadania. Byliśmy super. Dmuchawka i trucizny, okazały się świetną bronią. Tylko parę okazów było odpornych na jej działanie. Ale tych zgarnął Logan. Jego wsparcie ogniowe jest świetne! Głośne, ale gdy przychodzi co do czego... Ach! To jest siła. Ale ja jestem cichym zabójcą. Mało która grupa dostarczała okazy w tak dobrym stanie fizycznym. Jedna malutka dziurka po strzałce, czasem dwie.

Po paru miesiącach postanowiliśmy zrobić sobie wakacje. Wpisaliśmy się na listę rezerwową w Kansas ZOO i wyruszyliśmy w stronę Detroit. W połowie drogi, zauważyliśmy konwój. Nadjeżdżał z Zachodu. Zachód zwiastuje kłopoty. Schowaliśmy się. Wszystko byłoby pięknie, gdyby Logan się nie ruszył. Starał się przygotować do strzału. Odczołgał się jakieś 20 metrów od nas. Tam go złapali. Chciałem go ostrzec, jednak Maria zatkała mi usta. „Jego już nie uratujemy. Siedźmy cicho, to może chociaż my przeżyjemy.” Ogłuszyli go i zawlekli do samochodu. Odjechali. Gdy podbiegłem tam, skąd go zabrali, znalazłem ulotkę zgubioną przez jednego z porywaczy: „Łowcy Niewolników, Milwaukee. Chcesz mieć darmową siłę roboczą? Zapraszamy!”

Wiedzieliśmy już gdzie ich szukać. W tamtą stronę się udaliśmy...

Arnold „Guner” Anderson


Imię: Arnold „Guner” Anderson
Pochodzenie: Południowa Hegemonia
Cecha: Urodzony morderca
Profesja: Najemnik
Cecha: Reputacja
Choroba: brak
Specjalizacja: Wojownik
Sztuczka: brak
Historia:
Arnold nie miał farta w życiu od samego początku. Bo czym innym wyjaśnisz fakt urodzenia się w krainie ludzi chwalących się tym, że zjadają swoich pupili, niż pechem? Mógł urodzić się w Teksasie. Nauczyłby się jeździć konno i siałby jebane zborze. Mógł się urodzić NJ city. Poświęcałby się za naród w pracy nad odbudową kraju. Mógłby urodzić się nawet w jebanym Posterunku i byłby jebanym samobójcą za ludzkość, ale nie… on musiał urodzić się akurat w Hegemonii. Nawet jebane Kolorado z tym wielki rowem w dupie świata a zresztą… Fakt faktem, że nie miał lekko. Wychowywała się ze swoim ojcem, który kiedy nie był płatnym mordercą hodował psy na mięso sprzedawane przez jego żonę, matkę Arnolda. Dodam jeszcze, że Maria niewiele miała wspólnego z „dziewicą” i nie handlowała tylko mięsem… chyba, że to też można tak nazwać. Tak, więc rodzina też go nie rozpieszczała. Jeśli chodzi o edukację swojego syna to matka pokazała mu jak się przedłuża gatunek, ojciec jak rozwalić „tego sukinkota” a rodzina jako całość, że w życiu może liczyć tylko na siebie. Idąc śladami tej nauki w wieku lat czternastu wziął Deserta ojca i zwiał z domu. Gdy uciekł ze szponów matki Marii oraz ojca Bena, przyłączył do grupy najemników osłaniającej transporty z FA do Hegemoni. Miał wtedy piętnaście lat. Poznał tam paru ludzi, którym mógł zaufać niestety wszyscy, jeden po drugim, umierali, zazwyczaj na jego rękach. Stało się tak, że był najstarszym „stopniem” w swojej drużynie a więc jej przywódcą. Tak przeszło parę lat i pozostało parę epizodów, o których warto wspomnieć.
Gdy tylko został przyjęty do drużyny mówiącej na siebie Holly Magnum musiał dowieść swojej wartości. Był przecież tylko dzieciakiem z Deserem, który dodatkowo uciekł z domu. Jego sytuacja nie wyglądała za ciekawie. Zielonookie chuchro o kruczo czarnych włosach do łopatek i dziecięcych rysach twarzy nie wzbudza zaufania wśród najemników. Niestety okazja na udowodnienie tego, że jest „twardym sukinkotem” nie nadarzyła się szybko, ba musiał czekać na nią cały rok.
Obsługiwali wtedy jednego z ich stałych klientów. Joe, wymoczek z Appalachów pełną gębą, sprzedawał w hegemonii leki za grubą kasę, więc nic dziwnego, że było wielu amatorów na jego towary. Średnio raz na jego wizytę była burda z gangerami. Gangerzy nie stanowili wielkiego wyzwania dla Holly Magnum, ale i tak byli denerwujący. Jednak chwile spokoju w takich podróżach są wbrew pozorom częste. Nie zawsze jeździ się pod ostrzałem przez morze mutków. W takich chwilach ludzie przypominali sobie o Andersonie. –Co tu w ogóle robisz dzieciaku?- Często zadawano mu takie pytania. Nie dziwiło go to. W końcu, dlaczego mieliby mu ufać. –Mam broń, może kogoś ustrzelę.- Tak odpowiadał im zazwyczaj. Zazwyczaj, jednak nie, kiedy zapytała go o to ona. Wysoka brunetka a jednym zielonym a drugim niebieskim oku. Widział ją wiele razy, ale po raz pierwszy usłyszał jej głos. Nie było ważne, że ma szramę na prawym policzku. Jedną z tych, które wyglądają jak pęknięcie w ziemi. Głos. Jej głos był lepszy od każdego narkotyku, jaki kiedykolwiek zażył. Przez chwile nie wiedział, co robić. Odpowiedzieć jej? Jak? Lepiej odpowiedzieć, jeszcze pomyśli, że jakiś pojebany. Szybko, bo… -To jak? Co robisz u takich pojebańców jak Holly Magnum. To nie miejsce dla dzieci.- Na te słowa Arnold nie wytrzymał. –A gdzie niby mam iść? Matka jebie z każdym a ojciec zajmuje się tylko gamblami. Jeśli chcesz mnie wypierdolić to, to zrób, ale nie gadaj takich pierdół.- Sara aż podskoczyła, kiedy szczeniak, który od pół roku odpowiadał tylko „tak” i „nie” walnął jej taki tekst. Kiedy już minął szok serdecznie się roześmiała. –Możesz zostać ile chcesz, jeśli w ogóle potrafisz strzelać i nie uciekasz przed pierwszym lepszym frajerem, ale radzę ci tak więcej na mnie nie siadać.- Te słowa zapadły w pamięci Andersona na długo, ale tymczasem dojechali do postoju.
* * *
Ten dzień był inny niż wszystkie. Tego dnia Arnold pierwszy raz poczuł, że nie jest śmieciem. Nigdy nie sądził, że nie zabijając kogoś można się tak poczuć. W ogóle nie wiedział, co się dzieje, ale wiedział, że to nie może być złe. To wszystko dzięki niej. Z takimi myślami kładł się spać w starym, podobno przedwojennym, (kto by w to uwierzył) budynku na obrzeżach małej wioski. Obudził się z trywialnego powodu. Zachciało mu się lać. Zszedł prawie biegiem, ale dość cicho żeby nikogo nie obudzić. Był już w głównej hali, w której było wejście do kibla, gdy usłyszał głos za sobą. –Schowaj się. Zaraz będzie tu gorąco- Zanim zastanowił się nad sensem słów odwrócił się w kierunku postaci na fotelu. Indianin wyglądał jakby spał i gdyby Arnold nie był pewien, że tylko on mógł to powiedzieć postawiłby wszystkie swoje gamble na to, że rzeczywiście śpi. Totem, bo taką ksywę miał Gary otworzył jedno oko. –Do kibla, kurwa.- Gdyby nawet sam indianiec go nie przekonał to zrobiłby to stukot upadającego ciała. Nim zdołał się obejrzeć już był w kiblu a chwilę potem zza drzwi rozległy się odgłosy regularnej jatki. Wyobraźcie sobie, chłopak siedzi na kiblu, w którym jakiś świr zostawił CKM. Chce się odlać, ale nie może a tam umierają ludzie. Zwyczajnie nie wiedział, co robić. Więc siedział tak w tym kiblu i nie mógł się odlać, mimo że chciał. Słyszał cały czas głosy ludzi, którzy cierpią i umierają. Wydawało mu się nawet, że słyszy jak leje się krew. Wtem na myśl przyszło mu jedno. Co jeśli usłyszę Jej głos? Ta myśl była impulsem do działania. Zaczął intensywnie kombinować, co zrobić. Nie wiedział. Nie miał zielonego pojęcia, co robi się w takich sytuacjach. Jak na ironię prawie się zlał ze strachu. Nie miał żadnego pomysłu, nie widział żadnej możliwości ruchu aż usłyszał jedną komendę. „Wycofać się z salonu.” Wtedy nie myślał już o niczym. Widzisz drogi czytelniku z pewnymi rzeczami trzeba się urodzić. Arnold jest człowiekiem, który działa tak jak trzeba, kiedy trzeba. Chwycił karabin, który ledwo mógł utrzymać w rękach. Oprał dwójnóg na poprzecznej desce, która była w połowie wysokości drzwi i zaczął pruć. Przez minutę wydawało mu się, że nic nie istnieje oprócz spustu i drzazg. Aż nie skończyła mu się amunicja. W następnej minucie jedno było niezaprzeczalne, cisza. Potem przez już nieistniejące drzwi zobaczył członków Holly Magnum i jedno spojrzenie, właśnie jej, uświadomiło mu, że już jest częścią drużyny. Poczuł się po raz pierwszy w życiu autentycznie wolny.
* * *
Pół roku minęło, od kiedy zaczął coś znaczyć w Holly Magnum. Dali mu nawet przydomek: Guner. Od kiedy rozsmarował dwudziestu gangerów jego wynik poprawił się do prawie pięćdziesięciu. Także jego wygląd się zmienił. Nie drastycznie, po prostu przestał aż tak przypominać dzieciaka. Pozostali najemnicy zaczęli mu ufać, choć miał więcej farta i pewności siebie niż umiejętności. On sam nie wiedział, że przeżywa teraz swój najlepszy czas na tym zasranym świecie. Udało mu się nawet poznać lepiej paru ludzi z drużyny. Oprócz Sary, z którą rozmawiał coraz częściej i łatwiej, udało mu się przekonać do siebie, w sposób niezamierzony, także Martina, medyka, który używał słowa „kurwa” jak przecinka, ale jak chciał to potrafił być cholernie miły, Garego, który okazał się być wyjątkowo suchym człowiekiem nawet jak na indiańca, potrafiącym nauczyć przetrwać na pustyni, choć tydzień nawet takiego szczeniaka jak Anderson i Morisona, który wiedział jak strzelać ze wszystkiego, co ma metalową rurę i proch. Można by powiedzieć, że w te pół roku nadrobił to, co stracił w życiu. Niestety nie było mu dane cieszyć się tym w spokoju. Pół roku wystarczyło Joemu żeby uzupełnić lekarstwa na handel i znów wyruszyć do Hegemonii. Bynajmniej nie miał zamiaru korzystać z usług nikogo innego niż Holly Magnum…
* * *
Początkowo karawana przejeżdżała przez pustkowia nie niepokojona przez nikogo. Jedynym dźwiękiem pośród pustynnej ciszy był warkot silnika i ciche, urywane rozmowy. Wydawało się, że tym razem nic nie zakłuci harmonogramu wyprawy, co było miłą odmianą, biorąc pod uwagę wydarzenia ostatniej. Jednakże było to uczucie mylące. Zaledwie trzy dni spokoju. Tyle mieli zanim nadszedł pierwszy atak. Nie było to nic nad zwykła strzelaninę. Paru gangerów odstrzelonych, jeden ranny po stronie broniących. Nic nadzwyczajnego. Szczególnie, że Holly byli bardzo dobrze zorganizowani. Jednak już piątego dnia podróży sprawy zaczęły się komplikować. Od rana w powietrzu można było wyczuć, że coś jest nie tak. Jakieś nieokreślone zagrożenie. Po południu nastąpił atak. Nie była to zwykła zbieranina obwiesiów liczących na łatwy zarobek, ale zorganizowane siły, które musiały mieć dobrych informatorów. Wiedzieli wszystko. Ile jest, czego, kogo, w którym wozie. Najpierw wysadzili drogę przed pierwszym wozem. Potem zaczęli pruć z boków czymś cięższym niż AK. A kiedy Holly postanowili się wycofać z wąwozu zajechał im drogę inny samochód. Tego dnia padło wielu ludzi po stronie Holly Magnum, ale i tak udało się obronić ładunek. Jednak ciekawszą sprawą było to, skąd wiedzieli co i jak…
* * *
Dwa miesiące minęły zanim udało się trafić na jakiś trop. Po tygodniu Holly mieli już za sobą pięćdziesiąt trupów i parę następnych poszlak. W następne dwa tygodnie rozbili dwa gangi zamieszane w handel informacjami na temat Hollych. To był moment, w którym jeśli do tej pory ktoś nie słyszał o ich drużynie to właśnie usłyszał. Stali się sławni. Postrach gangerów, przyjaciele handlarzy. Taka reputacja bardzo im pasowała. Nim trafili na kolejną konkretną informację minął kolejny miesiąc. Śledztwo poprowadziło ich do Appalachów. Okazało się, że Joe, nie był do końca uczciwym w rozmowie z nimi. Miał paru wrogów i to dość znaczących. On oczywiście przedstawił sytuację inaczej. Drogo to go kosztowało, ale jego szczęście, że tylko w gamblach. Koniec końców musieli zamknąć śledztwo po tym jak rozwalili knajpę jednej z wiosek w rodzinnych stornach posiadacza prywatnej armii, która w wąwozie zgotowała im gorące powitanie. Niestety miało się okazać, że nie był jedynym, który źle życzył im źle. Bo niby skąd mieli się dowiedzieć, że Michael nie był w porządku. Zawsze oferował uczciwe ceny. Zawsze można było się z nim napić. Był po prostu w porządku, nie wyglądał na intryganta. No i nigdy nie mówił, że ma brata handlarza. Tym bardziej, że lubi się nim wysługiwać…
* * *
Przez rok był spokój. Guner zdobywał doświadczenie i urósł. Konkretnie urósł. Znał już wszystkich członków w drużyny i znaczył więcej niż kolejna przeciętna lufa. Nawet doszedł do łady ze swoimi starymi. Wszystko wyglądało jakby jego życie miało się zmienić w sielankę. Nawet z Sarą szło mu coraz lepiej. Gdy dotarła do niego zła nowina był pewien, że już nic nie może się spierdolić. Jednak to, co usłyszał sprawiło, że nagle wszedł w wiek rozsądku. Początkowo nie chciał uwierzyć aż sam nie pojechał do domu i tego nie zobaczył. Jego ojciec był już pochowany, ale matki nikt nie ruszał. Komu by się chciało zdejmować dziwkę nabitą na pal. Guner niewiele myślał i jak to ma w zwyczaju w takich sytuacjach po prostu zaczął działać. Zaciągnął języka. W ten sposób poznał gang, z jakiego byli ci sukinsyni. Potem zaczął torturować. Tak dowiedział się, jakie ksywki mieli. Było ich jedenastu. Każdy po powrocie się chwalił, że przeleciał burą sukę parę razy. Pierwszemu wyrywał włosy. Jeden po drugim. Wszystkie. Tak dowiedział się gdzie jest trzech następnych. Im również wyrywał włosy. Oni też wymiękli zanim dotarł do krocza. Nie otrzymali litości. Tak dowiedział się gdzie jest następny. Temu łamał kości. Tak jak reszcie oprócz ostatniego. Tego zostawił w dole. Czekał miesiąc aż tamten zje swoje nogi i rękę. Potem nabił go na pal. Jak resztę. Od niego dowiedział się kto za tym stoi. Tylko on został litościwie dobity.
* * *
Gdy już wrócił do Hegemonii zastał tylko burdel. Ci, ze starej ekipy, tej, która go przyjęła do Holly Magnum, którzy zostali w drużynie, nie żyli. Zostało zaledwie czternastu żółtodziobów i dziwnym trafem nikt nie chciał odpuścić. Guner dziękował tylko za to, że czwórka ludzi, która się dla niego liczyła od ponad roku nie przebywa w rodzinnych stronach. Nie miał jednakże czasu na rozmyślania. Trafiła mu się szansa jedna na sto. Michael po rozwaleniu Holly był nieostrożny. Na tyle żeby oficjalnie przyjechać do Hegemonii i rozgłaszać, w których wioskach będzie sprzedawał swoje towary. Magnumi nie mieli większego problemu z „wysiedleniem” mieszkańców jednej z nich. Potem już tylko czekali. W co drugim budynku przy głównej ulicy był Hegemończyk z bronią w ręku. Każdy jeden z nich był wściekły, zdeterminowany i wiedział, że walczy o coś więcej niż własne życie. Tu chodziło o zasady. Nie odpuszcza się szumowinom. Karawan nie spodziewała się niczego. Naiwni sukinsyni spodziewali się, że nikt nie odważy się stanąć im na drodze. Kiedy wybuchł pierwszy z karawany siedmiu wozów było za późno na refleksję. Ładunki wybuchowe były podłożone na całej głównej (jedynej) ulicy mieściny. Z okien domów pruły CKM i od czasu do czasu granatniki. Prywatna armia Michaela topniała w oczach i wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie to, że wyciekła benzyna. Po prostu jeden zbiornik dostał, ale nie eksplodował. Gdy granat wybuch w plamie pierwszorzędnego, teksańskiego produktu rozpętało się piekło. Benzyna wybuchła, wszystko wybuchło. Niebo pokryło się morzem dymu a ziemia morzem ognia. Nikt z Hollych nie przetrwał oprócz Gunera. Tylko on miał jeszcze siłę wstać i wyjść z płonącego budynku na płonącą ulicę. Dobił ostatnią piątkę oponentów, która jeszcze stwarzała zagrożenie i ruszył w kierunku Michaela. Zużył wiele amunicji podczas długiego pojedynku w palącym się mieście. Przypłacił to blizną na lewym policzku i długimi miesiącami leczenia dróg oddechowych (szczęście, że dały się wyleczyć), ale nie dorwał go. Był zwyczajnie za wolny. Michael uciekł motorem. Tego dnia Guner stojąc pośród zgliszczy patrząc się na oddalającego się wroga, ostatniego, którego miał. Przemyślał parę spraw. Bardziej instynktownie niż świadomie, lecz wiedział, że nie będzie w jego życiu głębszej prawdy. Wtedy patrząc na nienaturalnie czerwony zachód słońca pośród ruin, zgliszczy i pustyni po raz pierwszy i na pewno nie ostatni powiedział to głośno.
Nie ma litości dla skurwysynów.