Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nosal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nosal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 listopada 2010

Samuraj


Jeśli się ruszysz to wyciągnę miecz i moi przodkowie skopią ci dupę.
Wyobrażasz sobie w dzisiejszych czasach debila, który lata z wyciągnięta kataną i pieprzy o honorze? Oprócz wymoczków z Appalachów. To wyobraź sobie, że są jeszcze tacy i wiesz co? Lepiej nie wchodzić im w drogę. Serio mówię. Nigdy nie wiesz, co się czai w ich głowach. Mówią na to jakiśtam kodeks, ale chodzi generalnie, że taki musi mieć zestaw zasad, których za wszelką cenę będzie przestrzegał i bronił. Niech mają ten swój kodeks i niech go przestrzegają, ale oni nie, przywalą się do ciebie za każdym razem, kiedy uznają, że obrażasz ich, ich kodeks i chuj jeszcze wie co. Ta, po twojej minie widzę, że wiesz, o co chodzi. Takich to najlepiej na odstrzał, ale z daleka, bo jak ciachnie cię tym mieczykiem to idziesz do piachu na jeden cios.
Zasada specjalna:
Musisz mieć kodeks honorowy, którego będziesz przestrzegał. Ma mieć od pięciu do dziesięciu punktów. Za każdym razem, kiedy uda ci się udowodnić jego wartość w sytuacji zagrożenia lub w sposób wyjątkowo spektakularny otrzymujesz punkt honoru. Punkty te możesz wydać, aby w czasie jednego testu dodać je do poziomu umiejętności, co zwiększy jej wartość (np. masz 3 pkt. honoru i umiejętność na 5 poziomie, dodajesz honor do umiejętności i wychodzi, że poziom umiejętność na czas tego testu wynosi 8) jednocześnie pamiętając, że nie możesz dodać na raz więcej niż cztery punkty. Jeszcze jedno: nie możesz podnosić umiejętności, w których nie masz choćby jednego poziomu. Jeśli uda ci się uzyskać dwanaście punktów możesz podnieść jedną umiejętność o poziom na stałe. Jeśli jednak nie uda ci się dowieść racji swojego kodeksu dostajesz ujemny punkt honoru. Jeśli twój honor spadł poniżej zera to za każdy tymczasowo obniżasz o jeden budowę lub zręczność lub charakter. Ta kara znika albo, kiedy samuraj zyska punkt honoru albo, kiedy MG uzna, że wina została zapomniana. Jeśli otrzymasz cztery ujemne punkty honoru, wtedy obniżasz jeden z trzech ww. atrybutów o jeden na stałe. Jedyna korzyść, jaka z tego wynika to, to, że te cztery punkty znikają.
UWAGA: te cechy dotyczą tylko katany (oprócz Samuraja nowej ery), zakładam, że ma, co najmniej jeden punkt przebicia, za to, że jest kataną…
Samotny wilk:
Wiesz, niewielu ludzi, którzy podróżują samotnie przeżywa. Do tego trzeba mieć dobre nerwy i dużo umiejętności, że nie wspomnę o tym, że ręce koniecznie muszą być sprawne, chucherka odpadają po tygodniu a ludzie z klapkami na oczach usychają w parę dni. Ciężka sprawa ta pustynia. Jednak ty się tym nie przejmujesz. Zawsze jesteś sam i zawsze sam odnosisz zwycięstwa. Oczywiście, że to potrafi pierwszy lepszy Ranger. Ty jednak wiesz jak tam walczyć by nie dać się zaciukać na pierwszej lepszej wydmie. To twoja broszka. Tak, tak. Jesteś prawdziwym wojownikiem, to chciałeś usłyszeć? Cholerny świr.
Prawdą jest, że nie dostajesz żadnych kar związanych z walką w trudnych warunkach (chyba, że skrajnie ekstremalnych, ale i wtedy nie może być to powyżej 30%) i prawie na każdym podłożu jesteś w stanie złapać równowagę (jej testy mogą być najwyżej Trudne). Ponad to masz stałą premię +3 do zręczności w obronie (oprócz standardowej), kiedy walczysz kataną. Niestety, aby ta cecha działała musisz być sam.
Samuraj nowej ery:
Widzę cię i oczom nie wierzę. Mówisz, że jesteś samurajem? Ostatnio widziałem innego, który się za samuraja podawał. To było jakiś rok temu, znaczy niedawno, teraz czas idzie inaczej niż kiedyś. W każdym razie, widziałem go, ale w żadnym wypadku nie przypominasz tego zarozumiałego dupka, który potrafił tylko pieprzyć o honorze i tych rzeczach. Jak? Samuraj nowej ery? No, to się dogadamy.
Doskonale widzisz jak zacofani są twoi koledzy po fachu. Katany i pieprzenie o przodkach może są romantyczne, ale to nie jest kurwa romantyczny świat. Wiesz, co ci potrzebne do przeżycia, więc nie skupiałeś się na jakimśtam rodzaju broni. Wszystko, co ma ostrze w twoich rękach zadaje dodatkową lekką ranę i używając tego masz premię do zręczność w ataku i obronie +2 (oprócz standardowej).
Miecz przodków:
Stary… Z czego jest ta broń? Bo nie uwierzę, że jest ze zwykłej stali. Czemu? Ty się jeszcze pytasz, czemu? Bo właśnie przeciąłeś Łowcę na pół nawet na niego nie patrząc! Właśnie , kurna dlatego! W ogóle, kim ty jesteś?! Jak to, po co mi ta wiedza?! Jebany mutant! Co? Jak nie mutant to co? Duchy? Przodkowie? Zaraz, zaraz. Twierdzisz, że w twoim mieczu mieszkają duchy twoich przodków? Dobra, sorry. Nie jesteś mutkiem. Jesteś zwykłym świrem. Nawet, jeśli twój miecz „przodków” zawsze zadaje dodatkową lekką ranę i ma dodatkowy punkt przebicia.
Iaijutsu:
Jak… To przecież niemożliwe. Ty przecież, co dopiero wyciągnąłeś ten miecz. Że jak to się nazywa? Iaijutsu? Błyskawiczne wyciągnięcie miecza tak, aby tym samym ruchem ciąć przeciwnika? To przecież niemożliwe! Nikt nie potrafi tak szybko wyciągnąć broni, chyba tylko rewolwerowcy, ale to kichany miecz! Kim jesteś? Samurajem? Zapamiętam, kurna, zapamiętam…
Kiedy dochodzi do walki wręcz bohater może jako pierwszy atak użyć ruchu Iaijutsu (akcja za trzy segmenty). Jest to atak polegający na błyskawicznym wyciągnięciu miecza w sposób, który umożliwi zaatakowanie wroga tym samym ruchem. Daje to pewne profity. Po pierwsze atakując w ten sposób otrzymujesz dodatkowy punkt przebicia. Po drugie zadajesz dodatkową lekką ranę. Po trzecie wybierając tą cechę automatycznie zyskujesz sztuczkę samuraj oraz umiejętność Iaijutsu na pierwszym poziomie a także dostęp do sztuczek związanych z tym atakiem.
Uwaga: Testując atak z tej cechy testujesz umiejętność Iaijutsu (Zręczność, Wojownik) a nie Broń ręczną.
Umiejętność: Iaijutsu:
Jest to umiejętność wspomagająca cechę o tej samej nazwie. Działa ona następująco. Za każdy punkt tej umiejętności zadajesz tym atakiem dodatkowe draśnięcie.

Anarchista

Nie jestem terrorystą. Po prostu strzelam do skurwysynów…
Anarchiści. Wiesz kto to taki? Nie rodzaj broni debilu! Kto a nie Co! Kiedyś istniało coś takiego jak polityka. To politycy rządzili światem. Potem ktoś uznał, że z tych polityków to niezłe szuje i postanowił, że nie potrzeba w społeczeństwie ani władzy, ani pasożytów. Pojebani? Nie. Byli wizjonerami. To znaczy, że mieli wizję… Nie, nie chodzi o dragi! A rzesz ty… W każdym razie słowo Anarchia nie oznacza chaosu, ale bez władzy, bez króla. I ci ludzie w to wierzą. „Można stworzyć szczęśliwe społeczeństwo bez władzy.” Ba, większość z nich twierdziła i nadal twierdzi, że całe zło tego świata jest wynikiem tego, że jeden człowiek ma władzę nad drugim. I wiesz co? Coś w tym jest…
El Comandante:
On zawsze sprawiał wrażenie godnego zaufania, jednak nikt nie spodziewał się, że jego ludzie są mu aż tak wierni. Po prostu on miał siłę, która dawała innym poczucie, że mogą zrobić to, co zrobić należy. Dawał im siłę do tego, aby postępować właściwie i w zgodzie ze sobą. Istnieje lepszy rodzaj przywódcy? Bo mi się nie wydaje…
Budzisz w swoich ludziach niewytłumaczalne zaufanie, które przejawia się nie tym, że zawsze się ciebie słuchają, ale tym, że kiedy tylko wiedzą, że są pod twoją komendą mogą dokonać rzeczy wcześniej dla nich niemożliwych. W mechanice to wygląda tak: jeśli twoje więzi z NPC są (w starej mechanice) na poziomie Przyjaciela lub (w „Bohaterze do kwadratu) Osłaniaj Mnie to NPC zyskują ułatwienie -20% do testów wybranego współczynnika o ile wiedzą, że są „pod twoją komendą”, jeśli jednak jest to poziom Przyjaciele na Śmierć i Życie (stare) lub Stańmy do Siebie Plecami (nowe) to ułatwienie zwiększa się do -30% (nie można jej rozłożyć na dwa inne współczynniki). Jeśli chcecie wiedzieć jak to działa na innych graczy to zapytajcie się swojego MG. To zależy od waszej wspólnej decyzji.
Teoretyk:
Jak mówiłem Anarchiści byli przeciw polityce, ale to były czasy kiedy trzeba było mieć do wszystkiego argumenty inne niż ołów. Argumenty musiały być mocne i merytoryczne. Więc tak zwani Teoretycy celowali, cały czas i coraz częściej trafiali w coraz czulsze miejsca z coraz większą siłą aż w końcu zaczęto zamykać im usta. Tak zaczął się lewicowy terroryzm…
Jesteś doskonale obeznany z teoriami społecznymi XIX, XX i XXI wieku. Znasz się też trochę na ekonomii i społeczeństwie. Niby takie nic nie ważne gówna, ale pozwolą ci manipulować tłumem i wyzwalać w nich rewolucyjny potencjał… Już widzę tego banana na twarzy… O to nam chodzi. Dostajesz pakiet Wiedza ogólna z Socjologią, Politologią i Ekonomią na poziomach 1, 2 i 3 (wybierz, która umiejętność, na jakim), ponad to, jeśli prowadzisz rozmowę lub wygłaszasz przemówienie związane z ideologią wszystkie twoje testy charakteru i sprytu są o 20% łatwiejsze.
Hasta La Victoria Siempre!:
Wśród anarchistów jest wielu różnych ludzi. Jedni to teoretycy, następni to dowódcy i tak dalej, i tak dalej. Jednak jest jeszcze jeden bardzo interesujący typ człowieka. Wielu o taki ludziach mówi, że to samobójcy, ale ja wiem swoje. Widziałem ogień w ich oczach. To wojownicy. Wiesz, co oznacza tamten okrzyk na górze? „Zawsze ku zwycięstwu!”
Ci ludzie, kiedy raz na sesję uznają, że coś ma najwyższy priorytet po prostu nie muszą zdawać żadnych głupich testów na siłę woli i mają ułatwienia 20% do wszystkiego na jedną scenę (powiedzmy, krótką scenę). Kiedy ten koleś patrzy się jakby coś w nim płonęło, zejdź mu z drogi.
The Anarchist Coock Book:
Witamy w moim skromnym antykwariacie. Jedynym w całych ZSA. Poczekajcie chwilkę, znajdę jakąś dobrą książkę, po to przecież tu przyszliście. (…) A tu mamy perełkę. Anarchistyczna Książka Kucharska. Zobaczmy pierwszą stronę. Napalm domowej roboty… Hm… Ładny przepis. Co dalej? A… Granaty zaczepne. No i oczywiście na ostatnich stronach dział „Jak zrobić Kałacha”. Więc dzieci, pamiętajcie: Czytanie rozwija.
Anarchistyczna Książka Kucharska to tak naprawdę zbiór przepisów na najprzeróżniejsze materiały wybuchowe, prostą broń palną a także wartościowe źródło informacji o różnych rodzajach amunicji i taktykach walki w mieście, dżungli na pustyni i nie tylko. Tam może być wszystko, co może się przydać w walce. Oczywiście czas zabrał ze sobą parę kartek i przepisów. Zazwyczaj w dzisiejszych czasach z tej książki zostaje tak 1/10 jej zawartości, ale to i tak zazwyczaj znajdziesz tam ze cztery przepisy na ładunki wybuchowe, jeden na granat, jeden na specjalny rodzaj amunicji, jeden na broń krótką, jeden na broń długą i parę użytecznych wskazówek, co do walki. No dobra, zazwyczaj jest tego więcej, dałem na przykład zdecydowanie wybrakowany egzemplarz, ale np. w tym jest połowa przepisów. Wszystko zależy od szczęścia. Poza tym na tych kartkach naprawdę jest pokazanego trochę przydatnego sprzętu i ty masz tą książkę. Tak, na starcie. Nie, żadnych haczyków (chyba, że masz wrednego MG…). Masz ją, umiesz czytać i powinieneś wykupić pakiet pirotechniki, bo my rozdajemy tu tylko książki…

poniedziałek, 25 października 2010

Łowca Niewolników


Max jestem. Mów mi panie.
Wiele rzeczy, które widzisz teraz to bardzo stare wynalazki. Najbardziej podłym z nich jest właśnie niewolnictwo. Kiedy jesteś łowcą niewolników możesz robić z tymi ludźmi co ci się żywnie podoba a to zwykle nie są najprzyjemniejsze rzeczy na świecie. No, ale jeśli chcesz być łowcą, musisz wiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze: ludzi da się złamać. Po drugie: nie wszystkich. Po trzecie: takich zabijaj na miejscu. Po czwarte: jeśli nie spełniłeś warunku nr. 3 to spierdalaj bardzo daleko stąd. Czemu? Bo ten koleś jeszcze cię dopadnie. Tak, wiem. Ty tylko chciałeś zarobić. Dlatego mówię ci albo będziesz bezwzględny, albo odłóż parę gambli na własny pogrzeb.
Mercy? Are you fucking kidding me?!:
Nie masz litości. Oj nie. Za długo jesteś w tym zawodzie żeby być sentymentalny. No i nie jesteś idiotą. Zarabiasz na łapaniu ludzi i pakowaniu ich do klatek. Tak, jesteś zły, nie, nie masz wyrzutów sumienia. Inaczej już byłbyś trupem, proste nie?
Poziom wszelakich testów charakteru względem ludzi, na których polujesz albo już upolowałeś, czyli wszystkich twoich ofiar masz o stopień łatwiejszy test a oni o stopień trudniejszy.
Ja cię z skądś pamiętam…:
Skąd wiedziałeś, że to ten? Jak to zauważyłeś? Ten koleś ma przecież zmasakrowaną twarz! Nie ma opcji żebyś mógł w nim rozpoznać tego chłopaczka o pięknej twarzyczce z Appalachów! Co może mi jeszcze powiesz, że sam go tak urządziłeś? Że jak? Jak to nigdy nie zapominasz bydła? Nie rozumiem, o co ci chodzi stary, ale i tak to było zajebiste.
Jeśli zdasz trudny test percepcji, kiedy widzisz niewolnika po raz pierwszy zawsze go rozpoznasz nawet, jeśli diametralnie się zmieni. Po prosu go pamiętasz.

Miasto Mgieł

Wszyscy uwielbiali wujka Joe. To była niezaprzeczalna prawda. Nie dość, że umiał strzelać to znał znakomite historie i to nie takie wyssane z dupy! Takie prawdziwe, które i dawały nadzieję i potrafiły sprawić, że największy twardziel w wiosce nie mógł spać tej samej nocy, w której usłyszał „bajkę”. O tak. Joe wiedział jak to się robi. Bardzo dobrze wiedział.
Pewnego razu znów zatrzymał się u nas. Tak samo jak zwykle rozłożył się na krześle na środku sali i powiedział. –No moi drodzy. Czas na bajeczkę.- Zawsze tak zaczynał, ale nigdy więcej nie opowiedział tej historii. Mógł przestraszyć się tego, że jeden ze staruszków pod koniec zszedł na zawał albo sam się zaczął czuć to, co słuchacze, nie wiem, ale nigdy więcej jej nie opowiedział. Historii o Mieście Mgieł.
Wierzcie lub nie, ale istnieje miasto, które dotknęła apokalipsa jeszcze przed wojną. Nie z powodu Molocha czy jego pierwotworu. Ludzie sami się zniszczyli. Na dziesięć lat przed pierwszymi rakietami stworzono broń biologiczną, która miała być ostatecznym rozwiązaniem wszelakich konfliktów zbrojnych, ostateczną kartą przetargową USA w każdej wojnie. Projekt ten nazywał się „Mgła”. Realizowany był w tajnej bazie wojskowej w Kolorado. Wszystko szło niemalże idealnie. Cokolwiek było w zasięgu Mgły automatycznie zostawało zatrute pewnym charakterystycznym rodzajem choroby, jednak pojawił się problem. Mgła po około pięciu minutach znikała, co sprawiało, że w warunkach bojowych byłaby zupełnie nieskuteczna. Przez dwa lata naukowcy nie rozwiązali tego problemu. Cały trik polegał na fakcie, że skład chemiczny gazu był dokładnie taki sam jak normalnej mgły z tą różnicą, że cząsteczka była zbudowana w taki sposób i takich izotopów, że wywoływała tzw. „Syndrom Mgielny”. Pomysł sam w sobie był genialny, ale problemem był fakt, że Mgła zachowała wszelakie właściwości fizyczne zwykłej mgły. Rozwiewała się równie szybka jak zwykła, co powodowało, że żeby nią zaatakować trzeba by było na stosunkowo mały cel zrzucić, co najmniej pięćdziesiąt bomb. Oczywiście wojskowi wymagali skomasowania tego do jednej, ale wydawało się to niemożliwe. W końcu pewien do dziś anonimowy naukowiec wpadł na to jak wyeliminować problem rozwiewania się specyfiku. Otóż wprowadził w związku zmiany, które umożliwiały przyłączanie do niego zwykłego powietrza, co prowadziło do przekształcania go w Mgłę. Mogłoby się zdawać, że to koniec problemów, jednak żeby mgłą okryć całe średniej wielkości miasto, trzeba by czekać z pół roku po zrzuceniu tych nieszczęsnych pięćdziesięciu bomb. W pewnym momencie postawiono pytanie czy przypadkiem cztery lata badań nie poszły na marne. Mimo wątpliwości kontynuowano prace nad rozprzestrzenianiem się Mgły. W końcu udało się sprawić, aby ruch i wszelakie wybuchy wewnątrz przyspieszały mnożenie się jej. Pomysł ten był remedium na wszelakie słabości Mgły, jednak wojskowi wyczuli w tym niebezpieczeństwo. Bo jeśli nie uda się w żaden sposób zatrzymać Mgły to w końcu pokryje całą planetę. Na to również znalazło się rozwiązanie. Stworzono całą gamę środków do przeciwdziałania Mgle. Od związków do usuwania jej, poprzez uodporniające na jej działanie do usuwających skutki „Mgielnego Syndromu”. Niestety nie udało się sprawić, aby sama wyznaczała swoje maksymalne granice przyrostu. Badania zostały zakończone. Odbył się wielki bankiet. Podczas niego, kiedy tylko wybiła dwunasta, wybuchła bomba. Podłożył ją działacz ruchu ekoterrorystycznego, który miał (prawdziwe) informacje, że w tym ośrodku wojskowym są prowadzone badania nad bronią, która to jest testowana na zwierzętach a także więźniach skazanych na karę śmierci. Wybuch skąpał całe Denver w morderczej bieli.
Było to około półtora roku przed powstaniem Molocha. Wybudowano wtedy gdzieś z dziesięć stacji wojskowo-badawczych przeznaczonych wyłącznie od zatrzymania Mgły. Okazało się, że przeciw działający gaz działał tylko na dość małe ilości związku i nie jest w stanie sobie poradzić z kataklizmem wielkości Denver. Zaczęto rozpaczliwe prace nad ulepszeniem tzw. AntiM-u jednak udały się dopiero na tydzień przed Molochem. Do baz dotarł około godziny przed nim. Nie udało się użyć ich przed uderzeniem. Tyle w tym szczęścia, że w te okolice nie uderzyło nic ciężkiego i wszystko obok miasta. Skala zniszczenie i tak była zatrważająca. Skażenie rozprzestrzeniło się dwukrotnie a środki, którymi dysponowali wojskowi zdołały ledwie ograniczyć Mgłę do poprzednich rozmiarów. Poza tym, kto by się przejmował Teraz takimi drobnostkami…
Słów parę o dzisiejszym Denver:
- Jest całe pokryte Mgłą, razem z przedmieściami oraz okolicznymi terenami. Aktualnie strefa skażenia rozszerza się z prędkością od metra do dziesięciu na rok.
- Kontakt z Mgłą sprawił, że stworzenia w mieście zmutowały (włącznie z ludźmi, którzy jeszcze mogą się zakwalifikować jako homo sapiens, po prostu nie są mutantami sensu stricte). Teraz tworzą własny unikatowy ekosystem.
- Naukowcy nie wiedzieli, że Mgielny Syndrom działa tylko w terenach nieobjętych Mgłą. Więcej w opisie choroby.
- Cecha z profesji Łowca mutantów dająca -20% do wszystkich akcji przeciw mutantom nie odnosi się do stworzeń z Denver, które zostały dopiero, co spotkane przez Łowcę. Działa dopiero po drugim spotkaniu (o ile przeżyje…). Wynika to z powodu szczególnej specyfiki samego Denver i co za tym idzie: mutków, które tam występują.
- Maszyny Molocha nie funkcjonują w Mgle. Od pierwszej minuty przebywania we Mgle otrzymują draśnięcie na każdą minutę przebywania, od czwartej, ranę lekką, od piątej ciężką a po siódmej otrzymują krytyki. Tak samo traktuje się wszystkie elektroniczne urządzenia w obrębie Mgły. Podzespoły w ten sposób zniszczone nadają się tylko do wymiany, chyba, że ktoś wykona test elektroniki na poziomie arcytrudny, kiedy ten się uda będzie można wykonać test elektroniki o pozom wyższy niż normalnie. To jest naprawa wyłącznie prowizoryczna i urządzenie będzie działało tyle godzin ile naprawiająca postać ma poziomów w elektronice.
- Wszelakie czynności wykonywane we Mgle podlegają specjalnym zasadom.
Słów parę o samej Mgle:
- Wywołuje chorobę zwaną Syndromem Mgły. Jest to jedyna franca, jaką mogą mieć na przewlekłą ludzie pochodzący stąd i nikt się przed nią nie uchronił…
- Rozprzestrzenia się z tempem od jednego do dziesięciu metrów na rok. Każdy wybuch, wielkości spowodowanej przez np. granat, daje jej dodatkowy centymetr każdy wybuch siły dwóch granatów, dwa centymetry itd.
- Na pewnych powierzchniach potrafi osiadać jako śliski śluz, przez co bohaterowie wykonujący inne akcje niż chodzenie, wiążące się z utrzymaniem równowagi (podnoszenie czegoś ciężkiego, bieg, strzelanie, walka wręcz itd.) mają dodatkowe utrudnienie + 30%. Istnieje możliwość, że po niezdanym teście przewrócą się.
- Widoczność w okolicach Denver gdzie Mgła jest jeszcze rzadka wynosi do 50 metrów, na przedmieściach od 40 do 30 metrów, w samym mieście od 25 do 15 metrów a w centrum od 10 do nawet 5 metrów. Strzelanie powyżej tej odległości jest niemożliwe, jeśli postać używa tylko wzroku. Jeśli celuje na słuch musi zdać bardzo trudny test nasłuchiwania. Jeśli się powiedzie postać może strzelać mając pewność, że strzela we właściwym kierunku (tak jakby wiedział gdzie się dokładnie znajduje sylwetka postaci) z utrudnieniem + 30% ponad to nie może celować. Jeśli jednak strzela w istotę w zasięgu wzroku a owa jest ponad połowę zasięgu widoczności od bohatera nie musi wykonywać testu i może celować jednak utrudnienie pozostaje. Jeśli jednak wróg jest bliżej niż połowa widoczności strzelasz z karą zaledwie + 15%.
- Mgły nie da się rozwiać. Rozwija się mniej więcej sferycznie od centralnej jej w tej chwili części. Tam tez jest największe jej zagęszczenie (nie w centrum wybuchu, ale miasta). Kiedy jesteś w centrum miasta masz wszystkie testy budowy o poziom trudniejsze, ponieważ jest ci ciężko oddychać. Ponad to, jeśli jesteś w centrum dłużej niż 12h otrzymujesz za każdą następną godzinę lekkie obrażenia układu oddechowego. Te zasady obwiązują nawet, jeśli jesteś pod wpływem środków uodparniających na wpływ Mgły.
-Przed mgła chronią:
1)Kombinezony przeznaczone przeciw Mgle (tzw. Przeciwmgielny). Są do znalezienia na terenie Denver oraz w bazach, które przed wojną badały sposób usunięcia Mgły. (Dostępność w Stanach: 1%; w Kolorado: 15%; w Bazach 50%; w Denver 20%) (100- 400G sztuka, zależy, w jakim stanie i jakie filtry, filtr na 7 dni jest wart 30G; na 21 dni jest wart 70G, na 70 dni jest wart 230G)
2) Tabletki StopM uodparniające na wszelakie negatywne skutki Mgły (razem ze zmianą koloru skóry) na okres 48h. (pudełko z dziesięcioma sztukami warte 100G, pojedynczo 6-7G)
3) Szczepionki StopM+. Tak jak StopM, ale działa 96h. (15-20G sztuka)
4) Szczepionki CureM usuwają efekty Mgielnego Syndromu, ale tylko u ludzi, którzy nie urodzili się w Denver. (50-80G sztuka)
5) W pewnym stopniu zwykłe kombinezony chroniące przed skażeniami i radiacją, ale te szybko się zużywają.
6) Spierdalanie przed Mgłą. (Najskuteczniejszy! Darmowy!)
- Mgłę można zwalczać za pomocą AntiM-u. Urządzenie do jego rozprowadzania wygląda jak regularny miotacz płomieni a samo rozpylanie przypomina zionięcie błękitno szarym płomieniem. Do urządzenia podłącza się dwie pięciolitrowe butle ze specyfikiem( jedna waży około sześciu kilo). Wystarczy to na całkowite oczyszczenie 20m sześciennych powietrza. Taka dziura zamyka się w tempie metra na dzień. Co ciekawe te chemikalia zadają obrażenia istotom zamieszkującym Mgłę (ludziom nie). Wygląda to tak. Całe ustrojstwo waży 20 kg i w ciągu segmentu wystrzeliwuje gaz mogący oczyścić 1 metr sześcienny w stożku o długości pięciu metrów szerokim przy końcu na dwa metry, co sprawia, że można celować nim tylko w jedno stworzenie i celowanie to nie sprawia wielu problemów (suwak o dwa w dół). AntiM zadaje jedną ranę ciężką na segment. (Rozpylacz 100G, Butla 40G sztuka)
Słów parę o Mgielnym Syndromie:
Generalnie to paskudna choroba. Twoja skóra blednie do papierowej bieli, oczy robią ci się przekrwione, kiedy słońce świeci ci w nie a same promienie słoneczne, które padną na twoją skórę będą parzyć jak cholera. Jakiś mądry gostek kiedyś mi powiedział, że to z powodu nadwrażliwości na promienie UV. Gadał jakimś chińskim angielskim o… H dwa pięć? Nie wiem, w każdym razie ta choroba coś pierdoli w twoim ciele tak, że na słońcu zaczynasz się rozkładać żywcem. Jeśli chodzi o zarażanie się to sprawa jest prosta. Urodziłeś się w Denver, jesteś chory. Przebywałeś w Denver siedem dni? Ten kolor skóry i palące słońce utrzymają się trzy razy dłużej… To znaczy trzy tygodnie, debilu! Jak się wyleczyć? Jeśli urodziłeś się we Mgle nie pozbędziesz się tego. Jeśli jednak po prostu przechodziłeś tędy to wystarczy, że weźmiesz jedną dawkę CureM i już po krzyku…
Z tą chorobą jest o tyle śmiesznie, że nie ma na to lekarstwa (chyba, że masz to jako chorobę zakaźną, patrz wyżej). Po prostu nie możesz wystawiać ciała na słońce, bo skóra zacznie ci odchodzić razem z mięsem. Ale nie martw się, wystarczy się porządnie ubierać…
Pierwsze symptomy:
Pierwsza godzina na słońcu. Pojawiają ci się pierwsze poparzenia (jedno za każdy kwadrans na słońcu), które co turę zadają ci draśnięcie i zmuszają do rzutu na niezłomność (problematyczny) inaczej zaczynasz się drapać, co zmieni draśnięcie w ranę lekką. Ta faza, nawet, jeśli rozdrapiesz wszystko, co możesz, nie zostawia stałych śladów czy blizn.
Stan ostry:
Kiedy się skończy pierwsza godzina męczarni następuje pół godziny stanu ostrego. Wygląda to tak samo jak wyżej tylko, co kwadrans lekka i test na niezłomność (tym razem Trudny). Jeśli nie zdasz lekkie zmieniają się w ciężkie. Ponad to zaczynasz się potwornie pocić i masz dziwne tiki, które znikają tylko, kiedy się drapiesz… Do krwi. +30% w interakcji z innymi postaciami. Zostają ci małe ślady.
Stan krytyczny:
Następne pół godziny to moment przesilenia choroby z poważnej niewygody do stany zagrożenia życia. Nadal dostajesz lekkie od poparzeń i ciężkie, jeśli nie zdasz testu z tym, że teraz to jest bardzo trudny test niezłomności. Już się nie pocisz, bo nie masz czym, ale tiki pozostają ci nawet jeśli wydrapiesz sobie oczy. +60% do interakcji i trudny test kondycji jeśli chcesz się gdziekolwiek ruszyć. Twój czas mija… A! Będą blizny…
Stan terminalny:
Razem ze skórą odchodzi mięso. Wszędzie wdaje się martwica a twoje ciało śmierdzi jakby ktoś cię właśnie spalił. Nie masz szans powiedzieć niczego więcej niż „Kurwa!”. Wytrzymasz jeszcze dziesięć max piętnaście minut… Mózg umiera ostatni.
POCHODZENIE: Miasto Mgieł
Percepcja +1
Ludzie z Miasta Mgieł to naprawdę świry. Cali opatuleni nawet w największy skwar, skóra blada a jak puścisz takiemu zajączka to mu oczy krwią nabiegają. Serio. Od tych ludzi lepiej trzymać się z daleka. Może to jakiś mutek czy coś…
Mglisty immunitet
Ciebie już nic nie ruszy. Mgła przeniknęła do twojego krwioobiegu. Od urodzenia twój system immunologiczny nawala się z najgorszą chorobą, jaka zna ludzkość i wiesz co? W pewnym sensie masz farta. O co mi chodzi? Dzięki temu, że twój system odpornościowy napierdala się każdego dnia o przetrwanie to taki syndrom obcego czy arszenik nie mają szans. Po prostu wszystkie testy odporności na każdy syf, jaki chcesz jest łatwiejszy o poziom. No, z radiacją jest gorzej, bo redukuje się tylko 25% obrażeń i zmian, jakie wywołuje, ale tak to bez problemu może posuwać dziwkę z HIV a potem przegryźć to zgniłą konserwą z czymkolwiek chcesz… To cię już nie rusza.
Posłuchaj jak mu krew leci!
Może Mgła zabiera więcej niż daje, ale za to dzięki nie wiesz, na czym naprawdę można polegać. We mgle niewiele zobaczysz. Węch też na nic ci się zda. Musisz po prostu słuchać. W ciszy zawsze kryje się ten dźwięk, który tyle razy uratował ci dupę. Skojarzyłeś zdrową dupę z tym dźwiękiem i już jesteś na prostej. Masz +3 do percepcji, jeśli dotyczy ona testów słuchu oraz zaczynasz z pakietem Czujność na pierwszym poziomie.
Instynkt
Wiadoma rzecz, że jeśli ktoś cały czas jest celem to albo zdechnie, albo zwieje, albo sam zacznie polować. Ty należysz do tych ostatnich, lub przed ostatnich. Najpierw uciekałeś, zawsze tak jest, ale kiedyś w końcu udało ci się upolować sukinsyna. A kiedy już ci się udało… Takich rzeczy się nie zapomina. Zostają w człowieku. Jak Mgła. Zaczynasz z pakietem Sprawność na pierwszym poziomie, dodatkowo umiejętności związane z walką (Walka wręcz, Broń strzelecka, Siła woli, Pirotechnika) lub umiejętności związane z przetrwaniem (Orientacja w terenie, Spostrzegawczość, Kamuflaż, Przetrwanie) są o 25% tańsze, kiedy wykupujesz je za doświadczenie (Sprawność również).

Duch


Myślisz, że ile jesteś wart? Dokładnie tyle ile sądzisz. Dlatego liczy się wyłącznie skala.
Duch. Ci ludzie są wszędzie. Trudno znaleźć dla nich jakąś wspólną cechę. Jedni są nie do zastraszenia, inni przeżyją tam gdzie nikt nie ma prawa przeżyć a inni to zwykłe świry, z tym, że cholernie efektywne świry. Jednak jest ta jedna rzecz, która wyróżnia ich spośród całego tłumu szarzyzny. Każdy z nich tworzy w swojej głowie swój osobisty świat. Dlatego kiedy spotykasz ducha, możesz być pewien, że on nie jest normalny i masz duże prawdopodobieństwo, że jest niebezpieczny…
Nie rozumiem, o co ci chodzi?:
Tak ci ludzie zupełnie nie kapują naszego świata. Jeden mafizo znany na pół stanów podszedł do Ducha i zaczął go miażdżyć wzrokiem. Normalny człowiek w tym momencie strzeliłby sobie w łeb. Tamten odwrócił się do niego, popatrzył chwilę i wzruszył ramionami wracając do jedzenia. Wyobraź sobie, jakiego zonka złapał Joe! Pół stanów śmiało się z niego przez następny rok. Od tego czasu ludzie, przynajmniej w tamtej części stanów, wiedzą, że nieważne, jaką masz przewagę. Duch tym się nie przejmie.
Nie działają na ciebie żadne, powtórzę Żadne sztuczki (papa stare dobre Hej przystojniaku) ani cechy dotyczące charakteru czy punkty reputacji lub sławy. Taki psikus. Po prostu nie rozumiesz, co ci ludzie do ciebie mówią…
Oni mówią mi o umieraniu a ja tu na spacerze…:
Widziałeś kiedyś wędrującego ducha? Nie? To żałuj. Niektórzy wyglądają jakby podlatywali. Naprawdę, te świry cieszą się z tego, że idą a może chodzi o przestrzeń… W każdym razie oni podróż przez sam środek stanów nazywają spacerem a tym jednym ze sposobów na samobójstwo. To jest ta różnica.
Zaczynasz z dodatkowymi 10 pkt. umiejętności Rangera niezależnie od tego, jaką specjalizację wybierzesz.
Wyrywki innego świata:
Idę przez tą wiochę i nagle ktoś mnie potrąca. Widzę jakieś chuchro. On nagle podnosi głowę i mówi BANG! Przez chwilę naprawdę sądziłem, że odstrzelił mi głowę. Wiesz, co jest najgorsze? Trafiłem na niego drugi raz tego samego dnia. Spojrzał się na mnie i krzykną. Tym razem przeciągle, niezrozumiale i przerażająco. Naprawdę przerażająco. To był moment, kiedy zacząłem się naprawdę jego bać…
Jesteś duchem. Żyjesz w innym świecie. Oczywiście nie fizycznie, ale duchowo. Tworzysz go we własnym umyśle. Z tym, że ten świat może czasami wydać się przerażający a czasem przepiękny… Raz na sesję dodajesz swój spryt do charakteru, kiedy robisz coś zupełnie niezrozumiałego, aby wpłynąć na NPC lub (może) inną postać. Jeśli udało ci się osiągnąć powyżej 10 punktów sukcesu w teście to nie tylko go zdajesz (lub nie, jeśli to sporny, ale nie sądzę…) ale wywołujesz (W zależności od celu) albo lęk (+10% do wszystkiego związanego z tobą) albo zainteresowanie (-10 we wszystkich testach charakteru dla tej postaci aż jakieś zdarzenie nie zniweluje owej sympatii do ciebie, może to być też zwyczajnie czas…). Jeśli masz powyżej 20 pkt. sukcesu to wywołujesz strach (+30) lub fascynację (-30%). Jeśli masz powyżej 30 pkt. sukcesu to wywołujesz przerażenie (+60%) lub zauroczenie (-60%).
Wiesz co zawsze mnie kręciło?:
Jeśli trzeba ci więcej przykładów, że Duchy to świry to słuchaj. Swojego czasu byłem Detroit żeby… kupić silnik do nowego wozu. Spotkałem gościa, który mówił na siebie Demon Rozmazanych Świateł. Wyglądał jak siedem nieszczęść, ale mówili, że gdyby chciał mógłby być kierowcą w jednym z najlepszych zespołów. Więc ustalam z nim, że chętnie… dostarczyłbym silnik poza miasto. A ten patrzy na mnie i mówi. „A jak będzie?” Dopiero, kiedy obiecałem mu, że będzie naprawdę niebezpiecznie zgodził się na to. Żadnych zapłat czy czegoś w tym stylu. Po prostu zgodził się. Następnego dnia z… zakupionym silnikiem (i paroma innymi częściami) uciekaliśmy przed… gangerami. Sytuacja wyglądała kiepsko. Wyjazdy zablokowane a za nami parę motorów a ten czubek jedzie w największą blokadę i wiesz co? Przebił się bez zadraśnięcia. Nie wiem jak to zrobił, ale jego wóz wyszedł z tego bez uszkodzonej karoserii. Jakby nie było tam żadnego z dziesięciu wozów i dwudziestu drabów z kałachami. Kiedy zapytałem się go czemu nie przejechał inną drogą odpowiedział. „Zawsze mnie kręciła jazda zbyt niebezpieczna żeby ją przeżyć.”
Wybierasz jedną umiejętność i dostajesz do niej ułatwienie -50% (-20% jeśli to umiejętność bojowa i wtedy to musi być naprawdę „Coś”) zawsze, kiedy specjalnie wykorzystujesz ją do czegoś szaleńczo niebezpiecznego.

Arnold „Guner” Anderson


Imię: Arnold „Guner” Anderson
Pochodzenie: Południowa Hegemonia
Cecha: Urodzony morderca
Profesja: Najemnik
Cecha: Reputacja
Choroba: brak
Specjalizacja: Wojownik
Sztuczka: brak
Historia:
Arnold nie miał farta w życiu od samego początku. Bo czym innym wyjaśnisz fakt urodzenia się w krainie ludzi chwalących się tym, że zjadają swoich pupili, niż pechem? Mógł urodzić się w Teksasie. Nauczyłby się jeździć konno i siałby jebane zborze. Mógł się urodzić NJ city. Poświęcałby się za naród w pracy nad odbudową kraju. Mógłby urodzić się nawet w jebanym Posterunku i byłby jebanym samobójcą za ludzkość, ale nie… on musiał urodzić się akurat w Hegemonii. Nawet jebane Kolorado z tym wielki rowem w dupie świata a zresztą… Fakt faktem, że nie miał lekko. Wychowywała się ze swoim ojcem, który kiedy nie był płatnym mordercą hodował psy na mięso sprzedawane przez jego żonę, matkę Arnolda. Dodam jeszcze, że Maria niewiele miała wspólnego z „dziewicą” i nie handlowała tylko mięsem… chyba, że to też można tak nazwać. Tak, więc rodzina też go nie rozpieszczała. Jeśli chodzi o edukację swojego syna to matka pokazała mu jak się przedłuża gatunek, ojciec jak rozwalić „tego sukinkota” a rodzina jako całość, że w życiu może liczyć tylko na siebie. Idąc śladami tej nauki w wieku lat czternastu wziął Deserta ojca i zwiał z domu. Gdy uciekł ze szponów matki Marii oraz ojca Bena, przyłączył do grupy najemników osłaniającej transporty z FA do Hegemoni. Miał wtedy piętnaście lat. Poznał tam paru ludzi, którym mógł zaufać niestety wszyscy, jeden po drugim, umierali, zazwyczaj na jego rękach. Stało się tak, że był najstarszym „stopniem” w swojej drużynie a więc jej przywódcą. Tak przeszło parę lat i pozostało parę epizodów, o których warto wspomnieć.
Gdy tylko został przyjęty do drużyny mówiącej na siebie Holly Magnum musiał dowieść swojej wartości. Był przecież tylko dzieciakiem z Deserem, który dodatkowo uciekł z domu. Jego sytuacja nie wyglądała za ciekawie. Zielonookie chuchro o kruczo czarnych włosach do łopatek i dziecięcych rysach twarzy nie wzbudza zaufania wśród najemników. Niestety okazja na udowodnienie tego, że jest „twardym sukinkotem” nie nadarzyła się szybko, ba musiał czekać na nią cały rok.
Obsługiwali wtedy jednego z ich stałych klientów. Joe, wymoczek z Appalachów pełną gębą, sprzedawał w hegemonii leki za grubą kasę, więc nic dziwnego, że było wielu amatorów na jego towary. Średnio raz na jego wizytę była burda z gangerami. Gangerzy nie stanowili wielkiego wyzwania dla Holly Magnum, ale i tak byli denerwujący. Jednak chwile spokoju w takich podróżach są wbrew pozorom częste. Nie zawsze jeździ się pod ostrzałem przez morze mutków. W takich chwilach ludzie przypominali sobie o Andersonie. –Co tu w ogóle robisz dzieciaku?- Często zadawano mu takie pytania. Nie dziwiło go to. W końcu, dlaczego mieliby mu ufać. –Mam broń, może kogoś ustrzelę.- Tak odpowiadał im zazwyczaj. Zazwyczaj, jednak nie, kiedy zapytała go o to ona. Wysoka brunetka a jednym zielonym a drugim niebieskim oku. Widział ją wiele razy, ale po raz pierwszy usłyszał jej głos. Nie było ważne, że ma szramę na prawym policzku. Jedną z tych, które wyglądają jak pęknięcie w ziemi. Głos. Jej głos był lepszy od każdego narkotyku, jaki kiedykolwiek zażył. Przez chwile nie wiedział, co robić. Odpowiedzieć jej? Jak? Lepiej odpowiedzieć, jeszcze pomyśli, że jakiś pojebany. Szybko, bo… -To jak? Co robisz u takich pojebańców jak Holly Magnum. To nie miejsce dla dzieci.- Na te słowa Arnold nie wytrzymał. –A gdzie niby mam iść? Matka jebie z każdym a ojciec zajmuje się tylko gamblami. Jeśli chcesz mnie wypierdolić to, to zrób, ale nie gadaj takich pierdół.- Sara aż podskoczyła, kiedy szczeniak, który od pół roku odpowiadał tylko „tak” i „nie” walnął jej taki tekst. Kiedy już minął szok serdecznie się roześmiała. –Możesz zostać ile chcesz, jeśli w ogóle potrafisz strzelać i nie uciekasz przed pierwszym lepszym frajerem, ale radzę ci tak więcej na mnie nie siadać.- Te słowa zapadły w pamięci Andersona na długo, ale tymczasem dojechali do postoju.
* * *
Ten dzień był inny niż wszystkie. Tego dnia Arnold pierwszy raz poczuł, że nie jest śmieciem. Nigdy nie sądził, że nie zabijając kogoś można się tak poczuć. W ogóle nie wiedział, co się dzieje, ale wiedział, że to nie może być złe. To wszystko dzięki niej. Z takimi myślami kładł się spać w starym, podobno przedwojennym, (kto by w to uwierzył) budynku na obrzeżach małej wioski. Obudził się z trywialnego powodu. Zachciało mu się lać. Zszedł prawie biegiem, ale dość cicho żeby nikogo nie obudzić. Był już w głównej hali, w której było wejście do kibla, gdy usłyszał głos za sobą. –Schowaj się. Zaraz będzie tu gorąco- Zanim zastanowił się nad sensem słów odwrócił się w kierunku postaci na fotelu. Indianin wyglądał jakby spał i gdyby Arnold nie był pewien, że tylko on mógł to powiedzieć postawiłby wszystkie swoje gamble na to, że rzeczywiście śpi. Totem, bo taką ksywę miał Gary otworzył jedno oko. –Do kibla, kurwa.- Gdyby nawet sam indianiec go nie przekonał to zrobiłby to stukot upadającego ciała. Nim zdołał się obejrzeć już był w kiblu a chwilę potem zza drzwi rozległy się odgłosy regularnej jatki. Wyobraźcie sobie, chłopak siedzi na kiblu, w którym jakiś świr zostawił CKM. Chce się odlać, ale nie może a tam umierają ludzie. Zwyczajnie nie wiedział, co robić. Więc siedział tak w tym kiblu i nie mógł się odlać, mimo że chciał. Słyszał cały czas głosy ludzi, którzy cierpią i umierają. Wydawało mu się nawet, że słyszy jak leje się krew. Wtem na myśl przyszło mu jedno. Co jeśli usłyszę Jej głos? Ta myśl była impulsem do działania. Zaczął intensywnie kombinować, co zrobić. Nie wiedział. Nie miał zielonego pojęcia, co robi się w takich sytuacjach. Jak na ironię prawie się zlał ze strachu. Nie miał żadnego pomysłu, nie widział żadnej możliwości ruchu aż usłyszał jedną komendę. „Wycofać się z salonu.” Wtedy nie myślał już o niczym. Widzisz drogi czytelniku z pewnymi rzeczami trzeba się urodzić. Arnold jest człowiekiem, który działa tak jak trzeba, kiedy trzeba. Chwycił karabin, który ledwo mógł utrzymać w rękach. Oprał dwójnóg na poprzecznej desce, która była w połowie wysokości drzwi i zaczął pruć. Przez minutę wydawało mu się, że nic nie istnieje oprócz spustu i drzazg. Aż nie skończyła mu się amunicja. W następnej minucie jedno było niezaprzeczalne, cisza. Potem przez już nieistniejące drzwi zobaczył członków Holly Magnum i jedno spojrzenie, właśnie jej, uświadomiło mu, że już jest częścią drużyny. Poczuł się po raz pierwszy w życiu autentycznie wolny.
* * *
Pół roku minęło, od kiedy zaczął coś znaczyć w Holly Magnum. Dali mu nawet przydomek: Guner. Od kiedy rozsmarował dwudziestu gangerów jego wynik poprawił się do prawie pięćdziesięciu. Także jego wygląd się zmienił. Nie drastycznie, po prostu przestał aż tak przypominać dzieciaka. Pozostali najemnicy zaczęli mu ufać, choć miał więcej farta i pewności siebie niż umiejętności. On sam nie wiedział, że przeżywa teraz swój najlepszy czas na tym zasranym świecie. Udało mu się nawet poznać lepiej paru ludzi z drużyny. Oprócz Sary, z którą rozmawiał coraz częściej i łatwiej, udało mu się przekonać do siebie, w sposób niezamierzony, także Martina, medyka, który używał słowa „kurwa” jak przecinka, ale jak chciał to potrafił być cholernie miły, Garego, który okazał się być wyjątkowo suchym człowiekiem nawet jak na indiańca, potrafiącym nauczyć przetrwać na pustyni, choć tydzień nawet takiego szczeniaka jak Anderson i Morisona, który wiedział jak strzelać ze wszystkiego, co ma metalową rurę i proch. Można by powiedzieć, że w te pół roku nadrobił to, co stracił w życiu. Niestety nie było mu dane cieszyć się tym w spokoju. Pół roku wystarczyło Joemu żeby uzupełnić lekarstwa na handel i znów wyruszyć do Hegemonii. Bynajmniej nie miał zamiaru korzystać z usług nikogo innego niż Holly Magnum…
* * *
Początkowo karawana przejeżdżała przez pustkowia nie niepokojona przez nikogo. Jedynym dźwiękiem pośród pustynnej ciszy był warkot silnika i ciche, urywane rozmowy. Wydawało się, że tym razem nic nie zakłuci harmonogramu wyprawy, co było miłą odmianą, biorąc pod uwagę wydarzenia ostatniej. Jednakże było to uczucie mylące. Zaledwie trzy dni spokoju. Tyle mieli zanim nadszedł pierwszy atak. Nie było to nic nad zwykła strzelaninę. Paru gangerów odstrzelonych, jeden ranny po stronie broniących. Nic nadzwyczajnego. Szczególnie, że Holly byli bardzo dobrze zorganizowani. Jednak już piątego dnia podróży sprawy zaczęły się komplikować. Od rana w powietrzu można było wyczuć, że coś jest nie tak. Jakieś nieokreślone zagrożenie. Po południu nastąpił atak. Nie była to zwykła zbieranina obwiesiów liczących na łatwy zarobek, ale zorganizowane siły, które musiały mieć dobrych informatorów. Wiedzieli wszystko. Ile jest, czego, kogo, w którym wozie. Najpierw wysadzili drogę przed pierwszym wozem. Potem zaczęli pruć z boków czymś cięższym niż AK. A kiedy Holly postanowili się wycofać z wąwozu zajechał im drogę inny samochód. Tego dnia padło wielu ludzi po stronie Holly Magnum, ale i tak udało się obronić ładunek. Jednak ciekawszą sprawą było to, skąd wiedzieli co i jak…
* * *
Dwa miesiące minęły zanim udało się trafić na jakiś trop. Po tygodniu Holly mieli już za sobą pięćdziesiąt trupów i parę następnych poszlak. W następne dwa tygodnie rozbili dwa gangi zamieszane w handel informacjami na temat Hollych. To był moment, w którym jeśli do tej pory ktoś nie słyszał o ich drużynie to właśnie usłyszał. Stali się sławni. Postrach gangerów, przyjaciele handlarzy. Taka reputacja bardzo im pasowała. Nim trafili na kolejną konkretną informację minął kolejny miesiąc. Śledztwo poprowadziło ich do Appalachów. Okazało się, że Joe, nie był do końca uczciwym w rozmowie z nimi. Miał paru wrogów i to dość znaczących. On oczywiście przedstawił sytuację inaczej. Drogo to go kosztowało, ale jego szczęście, że tylko w gamblach. Koniec końców musieli zamknąć śledztwo po tym jak rozwalili knajpę jednej z wiosek w rodzinnych stornach posiadacza prywatnej armii, która w wąwozie zgotowała im gorące powitanie. Niestety miało się okazać, że nie był jedynym, który źle życzył im źle. Bo niby skąd mieli się dowiedzieć, że Michael nie był w porządku. Zawsze oferował uczciwe ceny. Zawsze można było się z nim napić. Był po prostu w porządku, nie wyglądał na intryganta. No i nigdy nie mówił, że ma brata handlarza. Tym bardziej, że lubi się nim wysługiwać…
* * *
Przez rok był spokój. Guner zdobywał doświadczenie i urósł. Konkretnie urósł. Znał już wszystkich członków w drużyny i znaczył więcej niż kolejna przeciętna lufa. Nawet doszedł do łady ze swoimi starymi. Wszystko wyglądało jakby jego życie miało się zmienić w sielankę. Nawet z Sarą szło mu coraz lepiej. Gdy dotarła do niego zła nowina był pewien, że już nic nie może się spierdolić. Jednak to, co usłyszał sprawiło, że nagle wszedł w wiek rozsądku. Początkowo nie chciał uwierzyć aż sam nie pojechał do domu i tego nie zobaczył. Jego ojciec był już pochowany, ale matki nikt nie ruszał. Komu by się chciało zdejmować dziwkę nabitą na pal. Guner niewiele myślał i jak to ma w zwyczaju w takich sytuacjach po prostu zaczął działać. Zaciągnął języka. W ten sposób poznał gang, z jakiego byli ci sukinsyni. Potem zaczął torturować. Tak dowiedział się, jakie ksywki mieli. Było ich jedenastu. Każdy po powrocie się chwalił, że przeleciał burą sukę parę razy. Pierwszemu wyrywał włosy. Jeden po drugim. Wszystkie. Tak dowiedział się gdzie jest trzech następnych. Im również wyrywał włosy. Oni też wymiękli zanim dotarł do krocza. Nie otrzymali litości. Tak dowiedział się gdzie jest następny. Temu łamał kości. Tak jak reszcie oprócz ostatniego. Tego zostawił w dole. Czekał miesiąc aż tamten zje swoje nogi i rękę. Potem nabił go na pal. Jak resztę. Od niego dowiedział się kto za tym stoi. Tylko on został litościwie dobity.
* * *
Gdy już wrócił do Hegemonii zastał tylko burdel. Ci, ze starej ekipy, tej, która go przyjęła do Holly Magnum, którzy zostali w drużynie, nie żyli. Zostało zaledwie czternastu żółtodziobów i dziwnym trafem nikt nie chciał odpuścić. Guner dziękował tylko za to, że czwórka ludzi, która się dla niego liczyła od ponad roku nie przebywa w rodzinnych stronach. Nie miał jednakże czasu na rozmyślania. Trafiła mu się szansa jedna na sto. Michael po rozwaleniu Holly był nieostrożny. Na tyle żeby oficjalnie przyjechać do Hegemonii i rozgłaszać, w których wioskach będzie sprzedawał swoje towary. Magnumi nie mieli większego problemu z „wysiedleniem” mieszkańców jednej z nich. Potem już tylko czekali. W co drugim budynku przy głównej ulicy był Hegemończyk z bronią w ręku. Każdy jeden z nich był wściekły, zdeterminowany i wiedział, że walczy o coś więcej niż własne życie. Tu chodziło o zasady. Nie odpuszcza się szumowinom. Karawan nie spodziewała się niczego. Naiwni sukinsyni spodziewali się, że nikt nie odważy się stanąć im na drodze. Kiedy wybuchł pierwszy z karawany siedmiu wozów było za późno na refleksję. Ładunki wybuchowe były podłożone na całej głównej (jedynej) ulicy mieściny. Z okien domów pruły CKM i od czasu do czasu granatniki. Prywatna armia Michaela topniała w oczach i wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie to, że wyciekła benzyna. Po prostu jeden zbiornik dostał, ale nie eksplodował. Gdy granat wybuch w plamie pierwszorzędnego, teksańskiego produktu rozpętało się piekło. Benzyna wybuchła, wszystko wybuchło. Niebo pokryło się morzem dymu a ziemia morzem ognia. Nikt z Hollych nie przetrwał oprócz Gunera. Tylko on miał jeszcze siłę wstać i wyjść z płonącego budynku na płonącą ulicę. Dobił ostatnią piątkę oponentów, która jeszcze stwarzała zagrożenie i ruszył w kierunku Michaela. Zużył wiele amunicji podczas długiego pojedynku w palącym się mieście. Przypłacił to blizną na lewym policzku i długimi miesiącami leczenia dróg oddechowych (szczęście, że dały się wyleczyć), ale nie dorwał go. Był zwyczajnie za wolny. Michael uciekł motorem. Tego dnia Guner stojąc pośród zgliszczy patrząc się na oddalającego się wroga, ostatniego, którego miał. Przemyślał parę spraw. Bardziej instynktownie niż świadomie, lecz wiedział, że nie będzie w jego życiu głębszej prawdy. Wtedy patrząc na nienaturalnie czerwony zachód słońca pośród ruin, zgliszczy i pustyni po raz pierwszy i na pewno nie ostatni powiedział to głośno.
Nie ma litości dla skurwysynów.